# Poradnik sanatoryjny z punktu widzenia umiarkowanie rozrywkowej kobiety.

Jak pamiętacie od dłuższego czasu miałam ambitny plan zamieszczenia na łamach bloga mego, poradnika dla kuracjuszki wybierającej się do sanatorium. Nie wiem jednak, czy potrafię skupić się na rzeczach ważnych i czy nie zapętlę się w różne inne pierdoły. Bo przekazać muszę dużo, co tam dużo, bardzo dużo różnych porad i wskazówek dla ” świeżynek ” wkraczających na drogę tychże kurortów. W każdym bądź razie wiedzcie, że dam z siebie wszystko.

No to jadziem z tym koksem.

Jeśli  znamy już dokładną datę turnusu, staramy się zakupić bilet kilka tygodni wcześniej. W ten sposób zaoszczędzimy trochę grosza. Oczywiście powinniśmy kupić miejscówkę z możliwością umieszczenia dużego bagażu, o czym informujemy panią w okienku kasowym. Następnie dzwonimy do sanatorium i upewniamy się, że  w pakiecie z pokojem dostaniemy ręczniki. O ile tak właśnie będzie, zyskamy dodatkowe miejsce. Powinniśmy spytać również  o rzecz najważniejszą, czyli możliwość korzystania z internetu bezprzewodowego w pokojach. Co do tego ostatniego, to prawdę powiedziawszy korzystając z PC-tów sanatoryjnych integrujemy się o wiele bardziej z pozostałymi fanami neta. Zatem wybór należy do was.

Pakowanie walizy zaczynamy kilka dni wcześniej. Robimy to z rozmysłem i bez pośpiechu.  Podstawową rzeczą jest spakowanie wygodnych butów, które odegrają kluczową rolę w bieganiu od zabiegu, do zabiegu. Jednakże nie należy zapominać o butach, które co prawda wygodą nie grzeszą, za to pasują do sukienek.  Bo najgorszym grzechem jest grzech zaniechania… znaczy nie spakowanie sukienek ( przynajmniej trzech sztuk ) na kolejne, niedzielne wieczorki. Co prawda nikt nie zabroni zakładać co raz to innej sukienki, na balangi dnia każdego, ale powiem szczerze, wygląda to dość rozpaczliwie. Trzeba przyznać, iż perspektywa patrzenia na taką desperatkę, zmienia się wraz ze zmianą statusu. O ile na wieczorku zapoznawczym wyłapiemy idealnego tancerza, z którym nogi się nie plączą, a ramiona pozostają w stawach, o tyle co wieczorne zakładanie kiecki będzie postrzegane, jako wyraz szacunku dla tegoż partnera.. bądź też starania o to, aby zatrzymać go na dłużej przy sobie ( wybieramy opcję, najbardziej pasującą i żadnymi plotkami na nasz temat się nie przejmujemy )

Przydatną rzeczą jest również stojące lusterko… to dla tych kuracjuszek, które uprawiają sztukę makijażu. Bo dajmy na to, trafimy na koleżankę o podobnych wymaganiach, a tu jedno lusterko w łazience… a rano czasu mało… a to już równia pochyła do wylania kwasów i innych pomyj. Poza tym, o ile mamy składane wieszaki, to jak najbardziej trzeba je zapakować. Akurat na ten przedmiot zawsze jest popyt, w dość słabo wyposażonych szafach sanatoryjnych.

Dźwiganie żelazka sobie darujmy. Zawsze można je wypożyczyć w recepcji. W zamian pakujemy suszarkę do włosów… suszarkę do ubrań też pozostawiamy w domu… Jednak pakujemy klamerki do bielizny ( kilka sztuk, a nie całe pudełko )  Co prawda bardziej przewidujące kuracjuszki przywożą ze sobą w pakiecie z klamerkami również sznur do bielizny, a także proszek do prania i płyn do płukania. Przyznaję, podczas ostatniego pobytu w sanatorium prałam w szamponie do włosów ewentualnie w żelu pod prysznic, z racji braku dostępu do innych środków piorących, gdyż akurat w maleńkim sklepiku zabrakło.  Nie zauważyłam większego uszczerbku na wypranych rzeczach.Tak że tego. Potrzeba matką wynalazków.

Czajniki elektryczne znajdziemy, albo w pokojach, albo dyżurny czajnik na korytarzu. Ci bardziej przywiązani do rozkoszowania się kawą we własnym kubku, zabierają go ze sobą. Cóż, są różne zboczenia. Moim jest niewątpliwie podróżowanie z jaśkiem. Własnym. Niezbyt dużym. Wypełnionym silikonowymi granulkami. Na którym zasypiam bez problemu i którym mogłabym również nakryć całą głowę, gdyby mi chrapanie koleżanki przeszkadzało. Tak myślę. Jednak nie dane mi było o tym się przekonać, bo skoro zasypiam tuż obok chrapiącego Małża… a chrapie jak stary menel… i się wysypiam, to żadne inne odgłosy mnie nie ruszają. Aha… można zabrać również takie niby osłonki na oczy… z materiału… bo niektórym przeszkadzają lampy uliczne świecące prosto w okna. Choć jednej takiej, co narzekała poradziłam, by położyła poduszkę z po przeciwnej stronie łóżka. Znaczy, zawsze można znaleźć wyjście z upierdliwej sytuacji. Myślę, że kwestię spania mamy już za sobą.

Do sanatorium najlepiej przybyć w przedpołudniowych godzinach. Wówczas będziemy zapisani na wcześniejsze posiłki i zabiegi.  No, chyba że wolimy rano dłużej poleżeć w łóżku. Co prawda bardziej zdesperowani przybywają dzień wcześniej, by zdobyć lepszy pokój. Niestety za takie cwaniactwo trzeba zapłacić, tak jak za dobę hotelową. Cena zależy od klasy sanatorium.

Meldując się na recepcji, wręczamy mały suwenir przywieziony w tym właśnie celu. Może to być ciasto regionalne… o czym pisałam … kawa… czekoladki… cokolwiek. Taki wybieg skutkuje tym, że otrzymujemy nieco lepszą miejscówkę. Natomiast na jaką współlokatorkę trafimy, pani recepcjonistka niestety dużego wpływu nie ma. Może jedynie dopasować wiekowo. A to i tak jest bardzo dużo.

Podczas pierwszego posiłku wskazane jest, aby się przedstawić i postarać zapamiętać imiona towarzyszy siedzących przy tym samym stoliku. Spędzicie razem najbliższe trzy tygodnie, więc będzie o wiele sympatyczniej.

W trakcie oczekiwania, czy to przed gabinetem lekarskim, pielęgniarskim, zabiegowym, należy również starać się poznać współtowarzyszy. W ten oto sposób, w ciągu paru dni, będziecie mieli mnóstwo znajomych, i wówczas zrobi się o wiele przyjemniej … choć o wiele bardziej nerwowo, gdy będziecie zmuszeni przypomnieć imię jednego ze świeżo zapoznanych  kuracjuszy… Ale coś za coś.

Nie rzucajcie się jak szczerbaty na suchary na wszystkie ” atrakcje” proponowane przez ośrodek. Tu wskazana jest duża wstrzemięźliwość. Niejednokrotnie ” Rejs statkiem po jeziorze, uświetniony biesiadną muzyką” okazuje się przepłynięciem zerdzewiałą krypą, w tą i z powrotem po większym stawie, w towarzystwie muzyki disco polo… puszczanej nawet nie w stereo. Zawsze można dopisać się później, zasięgając języka o owej ” atrakcji” od tambylca pracującego w sanatorium.

A na koniec wielka prośba. Przełamcie stereotyp Polaka i nigdy, przenigdy na pytanie o samopoczucie, nie wyłuszczajcie całej prawdy o tym… gdzie nas dziś strzyka, gdzie boli, i że w nocy nie mogliście spać, i posiłki do piachu, a na zabiegi zbyt długo się czeka, i nie widać postępów w leczeniu …itd itp. Noż doprawdy. Kto chciałby o tym słuchać? No, chyba, że traficie na takiego, co lubi wymienić się własnymi jełczeniami w podobnych tematach i z miną srającego kota poczeka, aż spróbujecie złapać oddech, i wówczas szybciuteńko rozwinie przed wami wachlarz podobnych, choć o wiele bardziej dotkliwych doświadczeń życiowych.

No cóż, mam nadzieję, że pomogłam komukolwiek.

Jeżeli nie, to przynajmniej sama w przyszłości powrócę do tegoż wpisu, aby odświeżyć pamięć. Jak na razie smaruję się żelem dla konia i nie przewiduję powrotu na sanatoryjny szlak.

Notodozoba…. PATATAJ …….. Patataj……………….. patataj……………..

 

 

 

 

 

  20 comments for “# Poradnik sanatoryjny z punktu widzenia umiarkowanie rozrywkowej kobiety.

  1. 30 stycznia 2017 o 17:01

    Oj… i byś się zdziwiła jak to panie i panowie w oczekiwaniach na kolejny zabieg wyłuszczają sobie co ich boli i gdzie…. a licytacja przy tym taka,że słuchając ich miałam ochotę uciekać daaaaaaaaleko w obawie przed zarażeniem się

    • 30 stycznia 2017 o 18:10

      Jaga :) w takiej sytuacji ucieczka jest jedynym słusznym wyjściem ;)

  2. 30 stycznia 2017 o 19:16

    Czyli gdybym chciała do sanatorium to muszę się w kiecki zaopatrzyć, bo tego towaru u mnie na lekarstwo. O chorobach, operacjach i innych takich to i w przychodni się nasłuchasz…
    Ale info całkiem spoko, na pewno się przyda ;-)

    • 30 stycznia 2017 o 19:30

      Jotka, nic na siłę, ale nie będę ukrywać, że ” kiecki” mają większe wzięcie ;)

  3. 30 stycznia 2017 o 21:08

    W sanatorium nie byłam, ale dowcipnie porad podanych przeczytałam.Świetne, choć zmartwiłam się, bo gdzie ja znajdę sukienkę, gdyby przyszło jechać.
    Pozdrawiam.

    • 31 stycznia 2017 o 15:48

      Ultra, jak to gdzie, w sanatoryjnych sklepikach jest wszystko… no, może czasami proszek do prania wyjdzie ;) Serdeczności :)

  4. 30 stycznia 2017 o 21:26

    O żesz…to ja bym nie wiedziała nawet, jak się w takim sanatorium zachować.
    Nawet mi nie grozi owo zachowanie, bo jak tu się wbić w temat, kiedy człowiek zdrów, jak ta ryba, co w rzece pływa…? ;)

    Pozdrowienia dla kuracjuszki :)

    • 31 stycznia 2017 o 15:49

      Ariadna, obyś jak najdłużej nie musiała korzystać z takich placówek :) Serdeczności :)

  5. 31 stycznia 2017 o 11:48

    Aż mi się przypomniał mój turnus ostatni i jedyny zarazem. Świetna sprawa, obśmiałam się jak norka mimo, że w stopniu znacznym zniżyłam średnią wieku. Niestety stereotyp Polaka nie został przełamany, ale informacje o hemoroidach przy śniadaniu jednych uchem się wpuszcza a drugim wypuszcza. Opisałam jedną sytuację z mojego pobytu, pozwolę sobie wstawić link, bo sprawa była całkiem zabawna.
    http://linka-dziennikpokladowy.blog.onet.pl/2016/11/16/wielkie-powroty-epizod-1-sanatorium/

    • 31 stycznia 2017 o 15:50

      Linka witaj :) chętnie poczytam o Twoich doświadczeniach w tych tematach :)

      • 31 stycznia 2017 o 16:55

        Dzięki za odwiedziny :) Jest jedna historia z Sanatorium, która mogłaby być najlepszym opisem pod słownikowym hasłem „dancingowe zwierze”. Ale muszę to rozważyć jeszcze, kwestia zasad o jakich wspomniałam, kuracjusze wiedzą o co chodzi ;). Jeśli zrobię notkę to dam znać.

        • 31 stycznia 2017 o 17:00

          Linka, jestem w trakcie czytania Twego bloga i wiesz co, nie musisz dawać znać, bo będę Twoim częstym gościem :)

  6. 31 stycznia 2017 o 14:12

    No proszę, proszę. Ja to bym jadąc do sanatorium zainteresowała się tylko jednym – a wifi jest?

    • 31 stycznia 2017 o 15:53

      Anno, z doświadczenia wiem, wifi BYWA w pokojach kuracjuszy, choć wcześniej zapewniają, że jest a potem bezradnie rozkładają ręce… ot, co.

  7. 31 stycznia 2017 o 15:57

    Różnych opowieści się nasłuchałam od kuracjuszy, a mój mąż też i teraz mówi, że do żadnego sanatorium mnie samej nie puści ;) Grunt to doborowe towarzystwo, a o chorobach się można nasłuchać wszędzie, jak to słusznie Jotka zauważyła. Byłam ostatnio u chirurga i w poczekalni było takich dwóch starszych panów w wieku około 80 lat, dość głośno rozprawiali o swoich dolegliwościach, przysłuchiwali im się wszyscy, opowiadali sobie głównie o swoich prostatach i jelicie grubym :) a my z małżonem zerkaliśmy na siebie i się uśmiechaliśmy do siebie.

    Twój poradnik świetny, rzeczowo, na temat, a w dodatku humorystycznie, spodobało mi się, więc poleciłam Onetowi, a nóż C się uda na główną trafić, czego Ci oczywiście życzę ;)
    Trzymaj się
    Buźka :*

    • 31 stycznia 2017 o 17:06

      Gabuniu, dobrze że macie z małżonem takie same poczucie humoru :) Co do Onetu, dziękuję pomimo wszystko, bo wiem ile mnie sprzątania czeka po takiej wizycie różnych indywiduów ;) Ściskam :*

      • 1 lutego 2017 o 01:00

        Tak niestety bywa czasem, ale wiem, że sam fakt iż liczba wejść i komentarzy robi się całkiem spora, to potrafi cieszyć. Jakby czasem się udało, to może nie będzie tak źle ;)

        • 1 lutego 2017 o 15:13

          Gabuniu, jakby co biorę wszystko na klatę :D

  8. 2 lutego 2017 o 19:52

    Ha, ha :) Brzmi jak poradnik przetrwania. ;)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *