Klaps tematem tabu. Wychowanie czy hodowanie?.

 

 Czas zająć stanowisko dotyczące wychowywania moich pociech.

To tak dla ochłody, bo jednak moje ostatnie wpisy poszły w klimaty rozpalające.  A tu burzy nie uświadczysz… i w głowie za mocno się kotłuje… a ja nie chcę tak na początku mojej drogi blogowej zaistnieć jako skandalistka. Bo potem pies z kulawą nogą się tutaj nie pojawi.  Dobra. Do rzeczy.

Po ostatnim wpisie o  ”ślubie abstynenckim „,  jawię się jako Wyjątkowa Matka. Dlatego muszę wyjaśnić, że wcale nie jestem taka święta ( Konstancję pomińmy ) I doprawdy nie martwi mnie to, co sobie o mnie pomyślicie, czy stracę w Waszych oczach, czy zyskam. Po prostu opiszę to,  bo zapisuję TU swoje wspomnienia takimi jakim są, były czy też będą. Zanim wsadzę kij w mrowisko, chciałabym przedstawić wszelkie fakty, które miały wpływ na to co się stało dość dawno temu,  lecz nie aż tak dawno, aby o tym zapomnieć. Kiedykolwiek.

Zacznijmy jednak od pytania, które każdy rodzic stawia sobie w momencie, kiedy bezsilny patrzy na swoje rozkapryszone dziecko, któremu żadne tłumaczenia nie pomagają.

-Trzepnąć dzieciaka w dupsko czy nie?.

W tym momencie muszę cofnąć się do czasu, gdy byłam małą dziewczynką,  dodam, JEDYNACZKĄ. A wiadomo jaki PR mają jedynaki. Może to zabrzmi niezbyt prawdziwie, ale zawsze byłam trzymana „krótko”. Mamusia mnie nie biła zupełnie. A tatuś?. Też nie.

ALE.

W kuchni pod kredensem ukryta była taka pytka… kabel w osłonie z plecionego sznurka… w kolorze bordowym. Jeżeli kiedykolwiek zaczynałam wybiegać poza normy, wystarczyło ,aby Tatuś się schylił po pytkę, a już diabeł mnie opuszczał. Bałam się tej pytki i jej nienawidziłam w sposób najbardziej znienawidzony, choć doprawdy nie pamiętam, abym kiedykolwiek nią dostała. Moja nienawiść była taka wielka, iż pewnego dnia, tuż przed powrotem z delegacji Tatusia, ukryłam obiekt grozy w innym miejscu.

I kiedy, bez widoków na pytkową karę, dostałam małpiego rozumu, a przywoływana do porządku, nic z tego nie robiłam, Tatuś… nie odszukawszy kabelka… trzepnął mnie w tyłek. Byłam tak zdziwiona, że do dziś pamiętam owo zaskoczenie, a także pieczące ślady dłoni rodzicielskiej na swej gołej pupie. Po tym zdarzeniu już nigdy nie starałam się ukryć dyscyplinującego mnie czerwonego obiektu.

Będąc młodą mamusią postanowiłam nigdy nie bić własnych dzieci. Nie powiem. Jakoś się udawało. Może dlatego, że byłam bardzo konsekwentna wobec swoich pociech. Jednak kiedy najstarszy poszedł do szkoły podstawowej i zaczął mnie okłamywać, złapałam za pasek iiii.. stało się. Miałam potem kaca moralnego, bo przecież obiecywałam sobie. Tłumaczyłam synowi, dlaczego tak się zdenerwowałam i żeby już nigdy mnie nie oszukiwał. Nie sądzę, aby owo lanie podziałało aż tak, ale od tamtej pory syn mówił mi tylko prawdę.

Minęło kilkanaście lat. Córka właśnie skończyła szkołę podstawową, syn zdał do trzeciej gimnazjum. Dziewczynka zawsze miała jak to się mówi.. charakterek.. lubiła być w centrum zainteresowania.. i lubiła rządzić. W okresie wakacyjnym pozwalałam dzieciom przebywać nieco dłużej poza domem, bo aż do godz 22. Kiedy w drugim tyg. wakacji syn wrócił po wyznaczonej porze, a córki jeszcze nie było, wzięłam go ” na spytki”. I kiedy z niego wyciągałam, gdzie chodzą i z kim się spotykają, poczułam woń jakby kompotu jabłkowego. Kiedy kazałam mu chuchnąć rozkleił się zupełnie i wszystko wyśpiewał… że jakiś dorosły chłopak kupuje im piwo imbirowe i papierosy…  i oni siedzą w parku i palą… i córka też.

Tak mnie to zdenerwowało, że kazałam młodemu iść spać a sama czekałam na powrót córeczki. Kiedy weszła po cichutku grubo po 23, zastała mamusię czekającą na nią przy zgaszonym świetle. Kazałam jej podejść i chuchnąć. Podeszła i z kpiącym uśmieszkiem nachyliła się nade mną. Wówczas uderzyłam ją w twarz. Nigdy nikogo tak nie spoliczkowałam, ale ta pewna mina pt. „I co mi zrobisz?”.. była impulsem nie do powstrzymania. Widziałam ogromne zaskoczenie w jej oczach, tym większe, że nigdy nie podniosłam na nią ręki.

Raniutko… o 6.30… zbudziłam młodzież, kazałam im się ubrać i pojechaliśmy do kościoła na poranną mszę. Wszyscy poszliśmy do spowiedzi. Oczywiście ja pierwsza. Wyjaśniłam spowiednikowi co i jak. A muszę dodać, że wówczas mieliśmy na parafii naprawdę mądrego księdza. Po powrocie do domu zaznaczyłam, że mają szlaban na wychodzenie z domu po 21 aż do końca wakacji.

I byłam konsekwentna, choć mnie prosili. Od tamtych wydarzeń minęło już wiele lat. Czy źle postąpiłam?. Nie sądzę. Tym bardziej, że córka  podziękowała mi za tamten policzek. Tak właśnie. PODZIĘKOWAŁA!

- Wiesz mamuś… tego liścia twojego to ja nigdy nie zapomnę, ale nie mam do ciebie żalu. Może to właśnie dzięki temu teraz nie palę. Kto wie?.

Ale żeby nie było aż tak słodko. Najstarszy syn pali. Zaczął zaraz po tym, jak skończył osiemnaście lat.

Ale ale,  zapomniałam o Najmłodszym Ancymonku. RAZ dostał lanie, jak zwinął z szafki Starszego brata kasę i przepuścił ją na lody. Oczywiście nie przyznawał się na początku. Potem wszystko wyśpiewał. Do dziś jak znajdzie jakąś monetę ,pyta kto zgubił. Ma prawie osiemnaście lat. Czy pali?. – No co ty mamuś… szkoda mi na to kasy… wolę kupić benzynę do skutera! ( pracował przez całe ubiegłoroczne wakacje przy wykopaliskach)   I to się nazywa właściwe podejście do życia.

Dziś wiadomo, nie można bić dzieci. Ale kara musi być, bo bez tego dziecko nie będzie wychowane , tylko wyhodowane.

A teraz lecę szlifować GORĄCY ( a jednak )  finał.

 

 

 

  43 comments for “Klaps tematem tabu. Wychowanie czy hodowanie?.

  1. 18 lipca 2014 o 11:11

    Ja sobie postanowiłam, że POSTARAM się nie bić swojego dziecka. Ale klaps się zdarzył. Teraz wystarczy tylko pytanie: chcesz klapsa? Na szczęście nie muszę go zbyt często zadawać. Ale kaca moralnego mam do tej pory i baardzo nie lubię zadawać tego pytania. Bo całą sobą odrzucam straszenie przemocą fizyczną (klaps był raczej symboliczny i chyba bardziej Młodą bolała zraniona duma niż pupa). Ale rzeczywistość często odbiega od tego co sobie zakładamy, a spokojna perswazja nie jest skutecznym środkiem na małego, wyjącego, histeryzującego, szantażującego otoczenie potworka.
    Wiem, tłumaczę siebie. To ten kac…

  2. consek
    18 lipca 2014 o 11:47

    Anno :) w czasach mego dzieciństwa, bicie nieposłusznych dzieci nie było czymś wyjątkowym.. podejrzewam, że wówczas nikt z rodziców nie miał moralniaka.. czyżby wówczas ludzie nie mieli sumienia?… chciałoby się zapytać. Ale czasy się zmieniły a świadomość że karanie klapsem rozkapryszonego dziecka w miejscu publicznym mogłoby źle się dla rodziców skończyć, jest skutecznym hamulcem. Jednak za słowa – Chcesz klapsa.. nikt na szczęście nie może ukarać.

  3. 18 lipca 2014 o 12:15

    Ja póki co też sobie postanowiłam, że nigdy nie uderzę synka. Są inne metody wychowawcze. Ale wiadomo jak to z dziećmi bywa, są różne i różne rzeczy im do główek odbijają, tak samo z resztą jak i ich rodzicom. Tak więc się nie zarzekam, tylko czekam na rozwój zdarzeń :P

    • consek
      18 lipca 2014 o 12:50

      Dani :) mam nadzieję, że Ci się uda i znajdziesz inne sposoby :)

  4. ~Pani S.
    18 lipca 2014 o 12:23

    1. Po co ci pies z kulawą nogą, skoro my tu zaglądałyśmy, zaglądamy i zaglądać będziemy? To mówiłam ja: Wazelina S. :)
    2. O ile wiem, a kiedyś w te klocki byłam niezła, święci też miewali wady i grzeszki (niektórzy nawet grzeszyska), więc po tym wpisie nadal jesteś święta. To mówiłam ja; Wazelina S.
    3. Uderzenia w twarz, chyba bym nie zniosła (choć we Francji to normalna metoda), ale w tyłek od mamusi dostałam nieraz. Zawsze zasłużenie i nie mam do niej o to ani krztyny pretensji. Tatuś próbował uderzyć mnie raz, ale wyszło jego dyletanctwo w zakresie kar cielesnych. Pasek się wymsknął, zrobił dziurę w stole, co niemal doprowadziło ojczulka do zawału. Więcej nie próbował, czego do dzisiaj głośno żałuje. Ale akurat wtedy nie miał racji. Ziemniaki były słodkie! To mówiłam ja: zakała rodziny. :)

    • consek
      18 lipca 2014 o 13:02

      Pani Wazelino S :) jak moje Blogowe Guru mnie tak uspokaja, to nie będę stawać okoniem i dam wiarę tym zapewnieniom :) Wazelina C.
      Chętnie bym poczytała o tych ” grzesznych czasach”. Oczywiście pod pseudonimem, bo zdaję sobie sprawę, że realni znajomi czytają blog Pani S. ;) Tatuś od razu jawił mi się jako człowiek pokoju … nie tylko dużego, gdzie kombinował z dwoma telewizorami ;)

      • ~Pani S.
        18 lipca 2014 o 13:54

        Gdy pisałam o swojej biegłej znajomości tego i owego, miałam na myśli żywoty świętych. :) A znajomi znają mojego grzechy na wylot. Prawie. ;) Ja jestem z tych szczerych do bólu. :) Pracuję nad tym, ale słabo mi idzie. :)

        • consek
          18 lipca 2014 o 14:18

          a czy Pani, Pani S. , nie jest przypadkiem spod znaku Raka? ;) dooobraaaa… niech będzie że ja źle zinterpretowałam zapewniania powyższe :) bycie szczerym na blogu to podstawa, bo inteligentni ( a jakżeby inaczej) czytacze momentalnie by wychwycili wszelkie krętactwo :) a żyć z łatką ściemniacza to nie jest fajnie… tak sądzę ;)

          • ~Pani S.
            19 lipca 2014 o 06:25

            Pani S. jest Wodnikiem! Najprawdziwszym! :) Z łatką krętacza nie jest łatwo. Tak sądzę. ;)

            • 19 lipca 2014 o 10:01

              wodnikiem z gatunku skowronkowatych, bo o tej godzinie w sobotę zamiast spać to lata ;)

        • 18 lipca 2014 o 16:05

          Przepraszam, a skąd wytrzasnęłaś ” Żywoty świętych, Kłamczucho?;)

          • ~Pani S.
            19 lipca 2014 o 06:23

            Wprawdzie „Żywotów świętych” nie posiadam, ale swego czasu (bardzo dawnego) z pasją poznawałam ich biografie z różnych źródeł. Do dzisiaj posiadam imponującą kolekcję obrazków z wizerunkami świętych, która pozostała mi po owych czasach. A na półce stoją „Święci w dziejach narodu polskiego”. :)

            • 19 lipca 2014 o 10:02

              zaiste ciekawa lektura :) jednak ja ją sobie zapodam tak gdzieś u schyłku wieku ;)

    • ~Dona
      20 lipca 2014 o 07:51

      a ja się pod tym podpisuję obiema,ale przy porannej kawie na więcej mnie nie stać :) wołanie o kaszkę o 7 rano pozbawiło mnie sił witalnych
      miłej niedzieli

      • consek
        20 lipca 2014 o 10:45

        Dona :) oby miła była i dla Ciebie :)

  5. ~Mari
    18 lipca 2014 o 12:58

    Bywają chwile, kiedy mnie moje dziecko wyprowadza z równowagi, bo charakterek to ona ma………….. i czasami pojawia się taki impuls…. do tej pory udaje mi się go zdławić w zarodku.
    Widzę jedno – konsekwencja to kwintesencja wychowania ;)
    Oczywiście córka próbuje, przeprasza, przytula się, obiecuje, że już nie będzie – ale chyba już się przekonała, że jak powiem, to tego się trzymam. I tez nie ma pretensji (póki co).
    Oczywiście nie jestem doskonała, bo czasami mi sie zdarza odpuścić…ale to przy błahostkach…mam wtedy wrażenie, ze upieranie się, aby pokazać kto tu rządzi nie ma sensu.
    Pozdrawiam Const….bo dawno mnie nie było u Ciebie:)))))

    • consek
      18 lipca 2014 o 13:05

      Mari :) a tak się zastanawiałam, co to Cię nie widać :) wiesz… dobrze TO ujęłaś z tą konsekwencją… zgadzam się w całej rozciągłości :) Buziaki Kochana :*

  6. 18 lipca 2014 o 13:09

    Ja byłam bita regularnie i teraz jako matka wiem jak bicie niszczy człowieka. Szkodniki są nie bite. Jak na razie to w sumie małe dzieci. Czy wytrzymamy bez klapsa przez całe ich życie? Mam nadzieję, że tak. Czasem na nie krzyczę. Jak krzyknę wiedzą, że przeginają i się reflektują… Choć lepiej byłoby tłumaczyć, tylko czasem nerwy puszczają…

    • 18 lipca 2014 o 13:50

      Ava :) wiesz… najgorsze jest to, jeżeli tłuczesz dzieci bo najważniejszym argumentem jest taki, że..- Mnie też bito i wyrosłem na porządnego człowieka :( co do krzyku.. kiedyś i owszem stosowałam, ale im głośniej krzyczałam, tym oporniej do nich docierało… zastosowałam więc metodę cichego karcenia… nawet nie wiesz jakie było zaskoczenie.. brałam delikwenat na bok, kucałam, patrzyłam mu prosto w oczy i tłumaczyłam bardzo cicho co robi nie tak :) pamiętam że działało… ale nie pamiętam jak długo ;)

      • 18 lipca 2014 o 16:07

        U mnie wiedzą, że jak mówię bardzo cicho lepiej spieprzać gdzieś w kąt ;). Wrzeszczeć nie mogę bo natychmiast tracę głos i kondycję. A tak chciałabym się czasem wydrzeć :)

        • 18 lipca 2014 o 16:55

          Puszkowa :) w tym jak widać jest jednak jakaś metoda :) eeee taaaam… uwierz… żadna chęć nie jest warta utraty głosu :)

      • 20 lipca 2014 o 12:27

        Spróbuję z tym cichym mówieniem może to podziała na Szkodniki…

        • 20 lipca 2014 o 12:37

          a spróbuj… bardzo jestem ciekawa, czy dadzą się na to nabrać ;)

  7. Mucha42
    18 lipca 2014 o 15:10

    Witaj Conscu, ja podobnie jak Koleżanka S byłam (choć dołączyłam później), jestem i będę. Swoje za uszami mam a takim sznurem od żelazka dostałam od babci, ale należało się. Jak wiadomo moje dzieciństwo przypadało na czasy komuny a wtedy trudno było z ubraniami. Przed wyjazdem na wakacje mama kupiła mi CZERWONY SKAFANDER gdzie ja wakacje spędzałam wśród chłopaków i wszyscy mieli CZARNE SKAFANDRY. Więc co zrobiłam, u babci w tym czasie smołowali dach i na podwórku stała beczka ze smołą a ja wrzuciłam nowy skafander żeby go ufarbować. Niestety skafander do niczego się nie nadawał. Jako mama też dałam raz klapsa Młodemu, po prostu nerwy puściły. Jednak chyba ta kara bolała bardziej mnie. Wiem że są inne sposoby na ukaranie dzieci ale naprawdę czasami nerwy puszczają. To pisałam ja Mucha która i tak będzie tu przylatywać. :-) :-D :lol:

    • consek
      18 lipca 2014 o 15:38

      Muszko :) padłam :D :D … no to z Ciebie był niezły ananas ;) będziesz przylatywać nawet do skompromitowanej koleżanki?… o o o… jak fajnie :) Buziaki :*

      • Mucha42
        18 lipca 2014 o 18:16

        No nigdy nie mówiłam że byłam grzeczna, mam tych grzechów mam. Tak do dyskusji o tym cichym rozmawianiu, to jak coś się nabroiło, mama brała do kuchni, sadzała na przeciwko i tłumaczyła, tłumaczył, tłumaczyła… Ile razy człowiek chciał żeby już dała tą karę lub nakrzyczała.

        • 18 lipca 2014 o 21:12

          a ja myślałam, że jak ktoś był harcerką to był wzorem cnót wszelakich.. he he.. ;) ja też zawsze wolałam żeby mnie Mama skrzyczała, albo nawet trzepnęła ścierą, ale Ona tylko milczała i to była najgorsza kara :(

          • Mucha42
            18 lipca 2014 o 21:59

            Harcerstwo pomogło w zwalczaniu tych złych cech, a niektóre dowcipy harcerskie to już inna historia. Muszę opisać bo tak ostatnio jakoś chodzą mi po głowie.

            • consek
              18 lipca 2014 o 22:28

              no ja myślę, że kto jak kto, ale Ty masz taką niewyczerpaną studnię przeżyć harcerskich, bo przecież jak człowiek przebywa w takiej gromadzie, to zawsze coś się dzieje :) … czy w zimnej wodzie staje?, zapamiętałam razem z puentą ;)

              • Mucha42
                18 lipca 2014 o 23:07

                To teraz wiesz jak to może być wesoło, i jak to trzeba uważać co gdzie się mówi.

  8. 18 lipca 2014 o 16:01

    kwestia bić czy nie bić jest trudna. Jak się za młodu dostało, to się przyrzekało, że ja nigdy bić nie będę. Tylko czasami nie wiadomo już co zrobić, a dziecko aż się „prosi” o tego klapsa. Ciesze się, że się podzieliłaś swoimi wspomnieniami na ten temat. Można się trochę poduczyć :)

    • 18 lipca 2014 o 16:52

      Laura :) jeżeli w jakimś stopniu moje wspomnienia pomogą Tobie w ogarnięciu kogokolwiek, to bardzo się cieszę :)

  9. 18 lipca 2014 o 16:08

    To ja też się podliżę. Też sobie podczytuję :) Buziaki!

  10. 18 lipca 2014 o 17:57

    Ja swoich dzieci nie biję, nawet nie umiem. Mąż jednak nie jest zwolennikiem bezstresowego wychowania i uważa, że normy muszą być i czasami da w dupsko. Generalnie nie sprzeczamy się o to, bo widzę, że często dzieci „przeginają” ze swoimi pomysłami i tylko klaps w tyłek przywołuje je do porządku. Natomiast bicie- typu znęcanie się nad dziećmi jest nam zupełnie obce i nie dopuszczalne- gdybym była świadkiem nie wahałabym się donieść na policję!

    • 18 lipca 2014 o 21:09

      Bernikula :) to dobrze, że mąż trzyma rękę na pulsie i potrafi przywołać do porządku :) w naszej rodzinie Tatuś był zawsze tym bardziej spolegliwym rodzicem… inna sprawa, że rzadko uczestniczył w wychowaniu swoich pociech, bo praca na to nie pozwalała. O znęcaniu się nad dziećmi nawet nie chcę myśleć, bo to jest najgorsze okropieństwo na świecie, ale wiesz, że notorycznie bite dziecko, będzie to ukrywać przed światem.

  11. 3 sierpnia 2014 o 21:38

    Niesamowite.. pierwsza co się przyznała ze uderzyła i Ciebie nie zjedli?
    Witaj :)
    Ja dostawałam. Nie często. w sumie 3 razy w życiu ale za poważne rzeczy-zagrażające życiu.

    Bić pasem, lać na oślep nie mam zamiaru. Ale po łapkach mi sie zdarzało dać(ach te kuszące kontakty… ) i choć nie jestem z tego dumna ale pomogło.
    Wolę tłumaczyć ale robić z siebie świętej nie będę..

    • 3 sierpnia 2014 o 22:15

      Dziewczyno :) no jakoś mi się udało nie trafić pod pręgierz, ale przyznaje, że stąpałam po kruchym lodzie :) Tłumaczenie i konsekwencja, to jest to, czego należy przestrzegać wychowując dzieci :) Pozdrawiam :)

  12. ~MerenwenCulnamo
    21 października 2014 o 15:27

    A może gdybyś wtedy syna też uderzyła w twarz, jak postąpiłaś z córką, to nie paliłby teraz jak ona? A tak to jedno dziecko ukarałaś, a drugie nie. Gdzie tu sprawiedliwość?

    • 21 października 2014 o 22:15

      Uderzyłam, bo zdążyłam się bardziej ” nakręcić” … a syn jednak powiedział prawdę więc to mnie pewnie powstrzymało :(

      • ~MerenwenCulnamo
        22 października 2014 o 10:57

        Wiesz, niezależnie od tego, czy przyznał się czy nie – miał takie same grzechy na sumieniu jak jego siostra. I na pewno cieszył się, że tylko jego siostra oberwała, a on nie.
        A oprócz kary szlabanu rozmawiałaś z nimi o tej sytuacji?
        Próbowałaś nakłonić syna do rzucenia palenia?
        Mój dziadek kopcił jak smok i wspólnymi siłami nakłoniliśmy go, by spróbował rzucić palenie – dziadek przyklejał sobie plastry (Niquitin albo podobne) i parę miesięcy wytrzymał bez papierosa, potem niestety wrócił do nałogu, ale za to pali mniej niż wcześniej.
        Poza tym warto, by syn chociaż spróbował ograniczyć ”fajki”, bo szkoda, by młoda osoba od tak wcześnie zatruwała sobie organizm.

        • 22 października 2014 o 16:36

          Wiesz, masz pewnie dużo racji ale dziwna sprawa, syn pali tylko przy ojcu ( ojciec też pali ) a jak ja się pojawię to chowa papierosa choć ma 25 lat. Oczywiście walczę z tymi moimi domowymi palaczami przekonując ich na różne sposoby o szkodliwości nałogu, ale wiesz jak to jest, ja sobie oni sobie ;)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *