Poco, mucha i czego się nie robi w imię miłości.

Pamiętacie, jak w Walentynki usunęłam jaja Kotełkowi memu o wdzięcznym imieniu Poco?. A potem to miałam takie wyrzuty sumienia, jak nie ja normalnie. Ale teraz to już nie mam żadnych. Pffffff. Ani  deczka nawet. Bo to co On funduje mi świtem dnia każdego, klasyfikuje go do ponownego wycięcia lub wyrwania. Żywcem. Jak tylko odrosną.

Kiedyś to narzekałam na czas letni, który prócz słoneczka, kwiatuszków i soczystej zieleni przynosi ze sobą MUCHY. I tak jakoś to czyni, że jedna przedstawicielka owego gatunku ZAWSZE nad ranem próbuje spenetrować wnętrze nosa.. w skrajnych przypadkach ust.. śpiącego człowieka. I tak stękałam, że przez TO wogle się nie wysypiam. I, że jak onegdaj latałam z łapką po domu o 4.02 to zabiłam gównojada tak skutecznie, że spadł wraz z kuchenną lampą. Tak było. Przyznaję. I wówczas myślałam, że już nic gorszego nie może mnie spotkać.

Otóż SIĘ MYLIŁAM!.O! O! O!  Jak bardzo się myliłam.!!

To może przejdę już do sedna i przedstawię dzisiejszego bohatera wpisu.  Żeby nie było niejasności zacznę od wczesnej jego młodości.

Poco, nazywany tak na co dzień, częściej karcony jako Poceusz,  bądź  też Pocencjusz, gdy skacze na swoją siostrę Łyski,  jest kotem z tzw.CharakterKIEM. Przebywając przez całą swoją wczesną młodość wraz z Córką mą, studentką trzeciego roku stomatologii, został nieźle wypaczony. Pozostawiany na cały dzień  w zamknięciu i osamotnieniu, musiał zajmować się sobą, lub też czymkolwiek innym pozostawionym nieopatrznie do jego dyspozycji. W starciu z nim przedstawiciele gatunku gąbek ( łazienkowa, umywalkowa) nie mieli żadnych szans. Kotecek próbował dorwać także dorodny pumeks, ale ten  był nieścieralny. W związku z tym,  w sposób niespotykanie zawzięty, Poceusz wyżywał się na papierze toaletowym, czyniąc z niego sylwestrowe konfetti.

Zdarzało się niejednokrotnie, że w szale rozrywał na strzępy kwiatki doniczkowe.. póki były.. a potem kwiaty cięte dostarczane systematycznie przez Chłopaka Córki. Tego ostatniego nie akceptował zupełnie, pomimo iż Kolega przynosił mu saszetki ze smakołykami. Poco miał to gdzieś i spożywał je dopiero po wyjściu znienawidzonego gościa. Całą swą zaborczą miłość wobec swojej Pani, Pocuś objawiał szczególnie wówczas, kiedy ta kładła się na spoczynek. Mianowicie zasypiał tylko na jej głowie. Powodowana takim stanem rzeczy, Córka w końcu odtransportowała swego pupilka do domu rodzinnego, zwalając go na głowę.. dosłownie.. Matce swojej stareńkiej. *******************************************************************

Kochani czytający!! WYBACZCIE!!.. normalnie nie wierzę, że znów narozrabiałam na swoim blogu, gdyż to co widzicie powyżej było  li jedynie kopią roboczą, którą.. nie wiem jakim sposobem.. opublikowałam. A TO MIAŁ BYĆ JEDYNIE SZKIC!!!!.. Bo historia nie jest przecież skończona. Nie ma morału czy też przesłania. To może pociągnę ją dalej a Wy jutro sobie doczytacie?. Co nie?. No to dalej było tak. *******************************************************************

Matka jak to matka, przygarnęła wygnańca i otoczyła miłością. Była bardzo wyrozumiała i i przymykała oko na skakanie Kotełka po parapetach, gniecenie przez niego zioła wszelkiego wysianego ku chwale zdrowego żywienia, wdrapywania po panelach firankowych ,aż pod sufit. Wybaczała ostrzenie pazurów o otomany i innego rodzaju meble tapicerowane. Rozumiała spacery po wszelkich powierzchniach płaskich usytuowanych w zasięgu Jego skoku. Tolerowała wchodzenie do łazienki i oglądanie roznegliżowanej karmicielki pod prysznicem. W stosunku do Niego była istnym uosobieniem cierpliwości i zrozumienia.

Pozostałe koty .. sztuk 5.. uzyskały tzw. zimny chów. Im nie można było prawie nic. Oczywiście oprócz grzecznego spożywania posiłku z miski i leżenia w wyznaczonych wcześniej miejscach. Zdarzało się, po przybyciu Mieszczucha, że obserwując przybysza, jakiś Kamikadze z owej Piątki, próbował iść w jego ślady, ale  dostawał reprymendę wzmocnioną machnięciem ściery. Wówczas ogasał i  w podskokach kierował się do drzwi wyjściowych, aby na łonie przyrody rozkminić ” kurna,co zrobiłem  nie tak”?.

Poco natomiast poczynał sobie coraz odważniej. Oczywiście teraz spał na głowie Mamusi, która próbowała co prawda go oduczyć, ale  nocna walka była zbyt wyczerpująca, więc ulegała. I odtąd spała, że tak powiem ,w futrzanej czapce. Co prawda musiała częściej myć głowę, ale czego nie robi się w imię miłości do pupilka Córki.

I prawdopodobnie żyli by  tak długo i w miarę szczęśliwie, gdyby nie nadeszło ocieplenie, a z nim MUCHY.  Ponieważ Poco nie miał szans na złapanie w domu : myszy, żaby, ptaszka, robaka lub czegokolwiek żywego.. cały swój instynkt łowiecki objawiał polując właśnie na nie. Tropił tak dobrze brzęczące owady, że wystarczyło udać się za pędzącym Koteczkiem z łapką i załatwić sprawę zanim Łowca rzuci się na nią. Potem co prawda można było zauważyć rozczarowanie błąkające się po zielonych oczach, ale przecież jak to mówią, kto pierwszy ten lepszy.

Sprawa polowań na muchy, diametralnie zmieniała się nocą. A raczej bladym świtem, gdy pojawiała się TA szczególna mucha. Tak tak. Ta sama która co roku próbowała jeść domownikom prosto z dzióbków. Szczególna dlatego, że choćby nie wiem ile razy się Ją zabiło , o zaraniu zjawiała się i czyniła swoją powinność. Mucha z gatunku Zombi.

Od momentu zamieszkania Poceusza w naszym domu, ranek wyglądał tak….

Za oknem nieśmiało budził się dzień. Jeszcze gdzieniegdzie słychać było rozśpiewanego słowika. Poranna rosa delikatnie otulała nadrzeczne łąki i perliła się na szmaragdowych szuwarach. I oto  wraz z pierwszymi promieniami słońca wstawała MUCHA I POCO .

Mucha z zacięciem, wartym lepszej sprawy, próbowała dostać się w rejony strategiczne .. czyt. oczy, nos, usta.. śpiących domowników. Kot leżąc na głowie, najpierw zastygał w bezruchu, obserwował i kiedy owad zbliżał się do zasięgu łapy, atakował. Atak był zazwyczaj nieskuteczny, gdyż mucha odfruwała, kot ruszał za nią przebiegając po twarzy, często gęsto na wysuniętych pazurach. Wówczas człowiek ( ja) się budził i puszczał wiąchę za znikającym duetem. Oczywiście mucha powracała. Wraz z kotem. Po jakimś czasie. Najczęściej po takim, kiedy wybudzony człowiek ( ciągle ja)  zdążył ponownie zasnąć. Akcje powtarzały się periodycznie i pomimo wszelkich prób.. likwidacja much przed snem.. i wybiegów.. zamykanie drzwi do sypialni.. człowiek ( jeszcze ja) nie miał szans na spokojny sen. Doszło do tego, że człowiek ( cały czas ja) zaskakiwał budzik i budził się zanim on zadzwonił.

Objawami takiego stanu rzeczy, było ( jest) ciągłe ziewanie, zasypianie na stojąco, wory pod oczami i podrapana skóra głowy. Ale czego się nie robi dla Pupilka Córki.

WAMAĆ!

  31 comments for “Poco, mucha i czego się nie robi w imię miłości.

  1. ~Pani S.
    13 maja 2014 o 14:44

    Ja nie wiedziałam, że jest taki staropolski zwyczaj usuwania jaj w Walentynki, ale teraz już wszystko jasne! Tak coś widziałam, że Pan S. 14 lutego zawsze chodzi osowiały. Myślałam, że z powodu kosztów, jakie musi ponosić: kwiatki, czekoladki i takie tam… Cholera! A on pewnie zna ten zwyczaj! I przykro mu, że jeszcze nie wyznałam miłości staropolskim zwyczajem. Dzięki Cons! W przyszłym roku to ja już tego na pewno nie zaniedbam! I tak sobie myślę, że za rok… Eurowizja nasza ;)
    PS Podrap ode mnie Poco za uchem :)

    • consek
      13 maja 2014 o 23:13

      Pani S. :) wiesz co.. ja tak myślę, że gdyby ten staropolski zwyczaj został wyciągnięty na światło dzienne, to w trimiga całe te Walentynki hamerykańskie wróciły by za ocean na zawsze ;) Co do zastosowania powyższego wobec Pana S. nie radzę nawet w TEN sposób żartować, bo przecież o wspomnianym organie należy wyrażać się co najmniej z podziwem. Bo jak to mówią ” szanuj jeśli korzystasz ” . I nawet nie patrz w stronę Eurowizji, bo jeszcze Ci ktoś zarzuci, że jesteś płytka jak talerz do drugiego. Pocełka podrapię, i za uchem także :)

      • ~Pani S.
        14 maja 2014 o 08:22

        Z tym szacunkiem to masz rację! Ostatnio potrzebowałam informacji o tańcu godowym goryli. Nie znalazłam, za to natknęłam się na wiadomość, że klejnoty goryla mają tylko 4 cm. Pół soboty się tym ekscytowałam! Ale Pan S. rzeczywiście się na mnie wkurzał. Jak przechodziłam do innych tematów, było ok, jak wracałam do goryla, zgrzytał zębami. Nie wiedziałam, o co chodzi, ale po to czytam blog Conska, żeby wiedzę o świecie czerpać. Teraz jestem bogatsza o staropolski zwyczaj, który zgodnie z uwagami zrobię bez żartów, za to z szacunkiem :) To nie będzie łatwe, więc muszę, kurczę, trochę poćwiczyć :) I jeszcze wzbogaciłam się o wiedzę na temat wrażliwy. Super!

        • 14 maja 2014 o 10:34

          boszszsz.. a po co Tobie taka wiedza?.. dobra.. nie mów.. Ale że tak przekręciłaś moje przesłanie, no to szacun Kochana.. po prostu SZACUN :D

          • ~Pani S.
            14 maja 2014 o 13:56

            Po co mi wiedza o tańcu godowym goryla? Moja droga, żeby faceta przy sobie utrzymać, trzeba w sypialni eksperymentować. ;)

            • 14 maja 2014 o 17:15

              normalnie klepie się po pleckach, że jednak zdecydowałam się na założenie bloga, bo rady otrzymane od wirtualnych znajomych są BEZ CE NNE!! Dzięki za rozjaśnienie sytuacji i nadzieję, że jak będzie coś nie teges w alkowie mej, to trza lecieć jak w dym po pomoc do goryli ;)

  2. 13 maja 2014 o 15:32

    Wredne kocisko, trzeba przyznać :P Mogę spytać skąd u kici takie imię? ;)

    • consek
      13 maja 2014 o 23:19

      Dani :) o wredności się przekonasz, jak doczytasz to co dopisałam :) a dlaczego?.. bo nadając imię strasznie się spieraliśmy i w końcu chcieliśmy osiągnąć kompromis i padły słowa – ale po co nadawać mu imię właśnie teraz.. może jutro?.. no i z tych słów wyłoniło się imię w sumie dobrze, że nie został Jutrem ;)

  3. Mucha42
    13 maja 2014 o 16:24

    Kochana ja się zastanawiam nieraz dlaczego koty się nie znają na kalendarzu a zegarek mają jakiś wewnętrzny. Nieważne czy to jest środa czy to niedziela, dzień pracujący czy święta. Godzina szósta a ja zaraz mam jakiegoś kota na sobie. Mój może sobie spać ale ja muszę wstać i tylko czekają kiedy napełnię miski. Żeby to był koniec ale nie wiem jak one to robią bo zaraz kilka kładzie się na moim miejscu póki ciepłe a reszta opróżnia miski, później zmiana, te co leżały konsumują a najedzone na moim miejscu. I takie to jest życie z kotkami.

    • consek
      13 maja 2014 o 23:22

      Muszko :) o kotach to mogłabym się wyrażać w samych superlatywach przez dzień cały :) bo ja jestem kociarą do potęgi, ale jednak nie pozwalam sobie włazić na głowę.. no.. może tylko Jednemu ;)

      • Mucha42
        13 maja 2014 o 23:41

        A ja pogniewam się, wygonię za drzwi ale jak któregoś nie ma więcej niż dzień to już od zmysłów odchodzę. Ja po prostu mam za miękkie serce i czasami się zastanawiam czy to ja posiadam zwierzęta czy one posiadają mnie

        • consek
          14 maja 2014 o 00:06

          Ty się nie zastanawiaj dłużej tylko posłuchaj co Ci powiem.. Pies do Kota mówi tak.. Mój pan mnie karmi, głaszcze, przytula.. niewątpliwie JEST Bogiem..
          Kot do Psa mówi tak.. a mój pan mnie karmi, głaszcze, przytula.. niewątpliwie JESTEM Bogiem :)

          • Mucha42
            14 maja 2014 o 12:10

            Oj jakie to mądre.

  4. 13 maja 2014 o 16:45

    Consek obejrzyj sobie ten filmik :) masz tak czy „lepiej”?? http://www.simonscat.com/Films/Cat-Man-Do/

    • consek
      13 maja 2014 o 23:26

      Kethryveris :D :D :D dzięki za tą perełkę :) dobrze, że nie posiadam bejsbola :)

      • 14 maja 2014 o 22:39

        moja kotka na dodatek jeszcze wbija pazury pod paznokcie u stóp jak chce obudzić a osoba nie chce wstać :P

        • consek
          15 maja 2014 o 06:07

          hym.. czy Ty wierzysz w reinkarnację?.. bo wiesz, kto wbijał ostre narzędzia pod paznokcie.. :(

          • 15 maja 2014 o 16:20

            nie??kto??

            • 15 maja 2014 o 16:21

              a tak w ogołe to co ty o 6:07 na necie robisz?? spać nie możesz??

              • consek
                15 maja 2014 o 16:42

                o masz.. jaka spostrzegawcza się znalazła :).. jak to co ja robię.. wstawiam nowy wpis ;)

            • consek
              15 maja 2014 o 16:41

              doktor Mengele.. noooo.. tak że tego.. uważaj :(

              • 16 maja 2014 o 08:03

                ehh jakoś tak właśnie tego typu osobnik przyszedł mi do głowy jak wczoraj podczas biegania o tym myślałam :/ jakie to bieganie dobrze wpływające na wszystko :P

                • 16 maja 2014 o 10:32

                  ja tam nie wiem, jak biegnę na autobus to o niczym nie myślę ;)

  5. ~lucia
    14 maja 2014 o 21:10

    Cons masz na blogu konkurencje Pania S. Wasz dialog przywrocil mi poczucie humoru z lekka dzis zapomniane.
    O kotach tez moge opowiadac dzien i kawalek nocy. jak wiadomo moj Panda ma 20 lat i to my musimy go w lape calowac. On rzadzi :)

    • consek
      15 maja 2014 o 06:11

      Luciu Kociaro :) Panią S. wogle nie traktuję jak konkurencje.. no weź.. żeby Kogoś TAK traktować trzeba mu dorastać do pięt przynajmniej :) Ona jest dla mnie prawdziwym wyzwaniem.. i zagadką.. bo nigdy nie wiadomo, czym mnie zaskoczy i w którym kierunku dialog się potoczy:)

  6. 10 czerwca 2014 o 21:00

    Swietny wpis. Ubawilam się niesamowicie. Choć domyślam się że tobie nie jest di śmiechu.

    • consek
      11 czerwca 2014 o 09:35

      Karolino :) wcale się nie dziwię, że Kogoś może to bawić :)… na szczęście załatwiłam mu inne rozrywki tzn. puściłam go w świat szeroki… ale jak zostaje na noc, to niestety wszystko się powtarza ;(

  7. ~ejka
    11 czerwca 2014 o 06:32

    no masz Ty kobito trzy światy – dlatego ja NIGDY żadnego przez próg nie wpuszczę :D Pies to pies – wstaje gdy już ubranam, patrzy, czeka aż się „wypindrzę” i kocha mnie na zabój :)
    Nooo…inny temat gdy to są dwa psy :/

  8. consek
    11 czerwca 2014 o 09:38

    Ejkuś :) no nie wiem, ale ja zawsze miałam jakąś taką słabość do kotów :) a co do psa…. a mam proszę ja Ciebie taką stareńką suczkę… niby nie robi nic złego, ale w nocy nie masz pojęcia jak ona GŁOŚNO CHRAPIE… normalnie jak mój Małż. ;(

    • ~Ejka
      11 czerwca 2014 o 09:46

      Consiu – czy Ty myślisz, że moje boksery (aktualnie sztuk jeden ale dość długo były dwa) nie chrapią/chrapały??? W życiu nie słyszałaś takiego koncertu… To jest chrapanie (jak traktor), mlaskanie, zgrzytanie zębami, wzdychanie i co tam jeszcze sobie zamarzysz :) Mąż to przy tym małe miki :) A jakie bąki odchodzą? :D Ale wiadomo wtedy że żyją i mają się dobrze :D

      • consek
        11 czerwca 2014 o 11:23

        nie noooooo…. no to ja już więcej nie mam nic do powiedzenia…. normalnie jesteś dla mnie Bohaterem Domu!!.. jak w reklamie Lyeroya :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *