Szkoła pleców pod płaszczem wodnym. Dwunastu wybranych.

Oto siedzę sobie na korytarzu sanatoryjnym, piszę na komputerze stacjonarnym, a za plecami przetaczają się stada stęsknionych uzdrowienia rolników. Znaczy zero prywatności, ale kij tam. W sumie sumienie mnie gryzie już od czwartku, że miałam zdawać relację z mojego pobytu w tym szczególnym miejscu, a milczę jak kamień w studnię.

Doprawdy miałam  nadzieję na dobry zasięg w pokoju. Zakupiłam blutucza… ( pisownia całkiem przypadkowa), załadowałam starego lapka, który się przegrzewa na potęgę, więc w składzie ma jeszcze wiatraczki chłodzące. Ważyło  to wszystko bagatela z pięć kilo, ale czego się nie robi dla łączności ze światem. I to wszystko ponic. Nawet nie pytajcie ile ważyła waliza, która sięgała mi prawie do biodra. Powiem krótko. Dużo za dużo. Upewniłam się o tym już na macierzystym dworcu. Oto pewien dżentelmen sam zaoferował swoją pomoc przy wsiadaniu do pociągu. Jednak jak już wtachał ładunek  wyznał, że gdyby wiedział ile waży, to by w życiu nie pomógł. Szczery był i tyle. Potem miałam niemały problem z umiejscowieniem tabołka w wagonie, ale jak to mówią, wyjątkowi ludzie mają wyjątkowe szczęście. Otóż okazało się, że tuż obok znajduje się przedział konduktorski i oni tam przetrzymują przesyłki i oto moja czerwona zawalidroga wylądowała właśnie tam.

Kolejny problem z dźwignięciem kolosa, pojawił się w momencie, gdy musiałam wnieść go na pierwsze piętro do mojego pokoju. Dwójeczka z wielką szafą, pięknym widokiem i dostępem na śliczny taras. Taaaaa. Warto było wieźć sękacza przez pół Polski, aby potem wręczyć go, z pewną taką nieśmiałością, pani recepcjonistce. Niech mi nikt nie mówi, że przekupstwo jest be i pase bo go sieknę. Trzy tygodnie w ciasnej klitce z trójką innych kuracjuszek jakoś mi się nie uśmiechało.

Moja towarzyszka, która zamieszkała wraz ze mną, nie obdarowała obsługi niczym. Ale wiem dokładnie, że została starannie wyselekcjonowana spośród innych. Nie wiem jakie kryteria zastosowała recepcjonistka, ale się spisała, bo jestem bardzo zadowolona z tej skromniutkiej i cichutkiej Ewuni. Ewunia jest nieco młodsza i przywiozła ze sobą jedynie maleńką torbę. Oj Zielonka z niej, znaczy pierwszy raz wyrwała się ze swojej wsi i nie miała pojęcia, w co trzeba się zaopatrzyć. Ale kiedy namówiłam ją na wieczorek zapoznawczy, to stwierdziła, że zaczyna jej się tu coraz bardziej podobać. Zresztą nie tylko jej, mnie również. Bo choć zadupie tu straszelne, to wieczorne potańcówki dają mi mnóstwo radości.

Podobno wcale nie widać, że potrzebuję jakiegokolwiek leczenia. Cóż, umiem poruszać tym i tamtym bez względu na wzgląd. A propos leczenia… załapałam się na tzw. ” Szkołę pleców” i jak ją skończę, to wogle nic mi nie będzie strzykać ani skrzypieć. Spośród stu pięćdziesięciu kuracjuszy wybrano dwanaścioro… hymmm… mam dziwne skojarzenia co do cyfry.  Martwi mnie jedynie to, że te dodatkowe zabiegi zajmą mi tyle czasu, że pisanie bloga pójdzie w odstawkę. A tego bym nie chciała… jak budududu.

Poza tym najfajniejszym zabiegiem jest ” płaszcz wodny”. Wychodzę z pod niego czerwona jak upieczony buraczek, ale ile energii mi dostarcza, to nie opisać i nie opowiedzieć. Dziś nie miałam co prawda ” płaszcza” lecz przejechałam z Ewunią ze dwadzieścia kilosów na rowerach po okolicznych polach i lasach.  Przyznaję, że troszku pobłądziłyśmy i ciśnienie niebezpiecznie podskoczyło, ale zachowałam pokerową twarz do końca. A teraz jestem mega szczęśliwa, że jednak trafiłyśmy z powrotem i nawet zdążyłyśmy na obiad. A zaraz lecę na kolację a potem na karaoke.

Boszszsz… jak jak kocham śpiewać… i tańczyć… i wogle… no… to lecę. Paaaa

  22 comments for “Szkoła pleców pod płaszczem wodnym. Dwunastu wybranych.

  1. 2 października 2016 o 20:19

    Jakie przekupstwo? Perswazja sponsorowana i to z jakim efektem!
    Po takiej kuracji wrócisz jak nowa. Ale czemu z rolnikami Cię leczą?
    Płaszcz wodny i szkoła pleców niewiele mi mówią, ale pewnie wyjaśnisz następnym razem.
    Przyjemności i zdrowotności kochana ;-)

    • 3 października 2016 o 09:42

      Perswazja sponsorowana… jakież trafne określenie Jotko :) … nie ukrywam, że bardzo mnie sie podoba ;) Póki co przyjemność goni przyjemność, a na zdrowotność to ja se troszkę poczekam :) A że z rolnikami… no przecież ja również jestem rolniczką :) Ściskam :)

  2. 3 października 2016 o 06:35

    No to fajnie, że tam fajnie. Kuruj się i zdrowiej. :) .

    • 3 października 2016 o 09:49

      Nic innego mi nie pozostaje :)

  3. Urmila
    3 października 2016 o 09:46

    Przyjemnego pobytu:)

    • 3 października 2016 o 11:06

      Urmilko :) mam nadzieję, że taki właśnie będzie :)

  4. 3 października 2016 o 10:21

    Ho, ho! Apostołką zostałaś?

    • 3 października 2016 o 11:09

      Podobno wśród Apostołów była jedna Apostołka, więc i ja nią mogę zostać. Ale póki co czuję się jak królik doświadczalny, którego badają i opisują.

  5. 3 października 2016 o 14:06

    Jakoś mi się nigdy sanatorium dobrze nie kojarzyło, ale tak to opisałaś, że właściwie to z chęcią bym się przejechała. Zabiegi lecznicze, rower, las, zadupie, brak rodziny. Hmmmmm…….

    • 5 października 2016 o 09:18

      Anno, bo najważniejsze jest nastawienie i wiara w to, że wszystko będzie dobrze :)

  6. 3 października 2016 o 14:11

    Czyli idealna rehabilitacja sanatoryjna dla Ciebie :D

    • 5 października 2016 o 09:19

      Dokładnie… podreperują i będę śmigać dalej :)

  7. ~2lucia
    3 października 2016 o 14:35

    Wydaje mi się, że wstrzeliłaś się w kurację w idealnym momencie wiekowym. Bo to i trzeba już to i owo podleczyć ale generalnie to sil Ci jeszcze nie brakuje na atrakcje sanatoryjne. I tak trzymaj przez wiele wiele lat. Buziaki.

    • 5 października 2016 o 09:19

      Luciu, masz rację, nie mogłoby być lepiej :) Ściskam :)

  8. ~Kjujewna
    3 października 2016 o 20:44

    Consek, sposob w jaki opisujesz pobyt w sanatorium powoduje sie chcialo by sie byc pensjonariuszka zmierzajaca do Ciechocinka ;) A tym sekaczem tos mnie dobila. Juz nigdy w zyciu nie bedzie mi dane sprobowac ale wciaz pamietam jaki pyszny! Pozdrawiam i baw sie dobrze na tej kuracji ;)

    • 5 października 2016 o 09:24

      Kjujewno, nigdy nie mów nigdy… jak tak będziesz baaaaardzo chciała, to mogę podesłać do tej twojej Szkocji… pewnie byś zrobiła furorę wśród tambylców :) Pozdrawiam :)

  9. 3 października 2016 o 22:18

    Nigdy mi się sanatorium nie trafiło, ale mojemu kumplowi tak. Ten to dopiero miał tam życie…a jak go pojechałam odwiedzić, to myślałam, że trupem padnę od spojrzeń pań kuracjuszek…

    • 5 października 2016 o 09:26

      Znaczy mało chłopa było na turnusie, albo był mega przystojny ;) Tutaj jest tego ” kwiatu ” do wyboru i koloru, więc jak któraś by mocno chciała to by znalazła. Ja tam nie szukam… ;)

  10. 4 października 2016 o 22:30

    Po raz pierwszy żałuję, że z kimś nie jestem.
    Chętnie mieszkałabym z Tobą w pokoju, bo masz w sobie tyle radości i energii, że i mnie trochę by się udzieliło.
    Serdeczności.

    • 5 października 2016 o 09:28

      Ultra :) mojej energii wystarczyłoby na pół turnusu :)aha…w naszym sanatorium nie ma jedynek. Pozdrawiam :)

  11. 10 października 2016 o 18:11

    Faktycznie takie sanatorium by się mi bardzo przydało, ale poki co nie mogę oderwać się od kota ZZZZZljj
    a to dopisał kot

    • 11 października 2016 o 09:08

      Loonei… faktycznie, nie możesz pozostawić kota na pastwę małżonka ;) tym bardziej, że widzę iż kot nie odstępuje Cię na krok :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *