Dyżurny mechanik. Opanowanie, sztuką nabytą przez lata.

Dzisiejszy wpis poruszy problemy motoryzacyjne właścicielki tego oto bloga, która od pewnego czasu WRESZCIE pomyka do pracy SWOJĄ Rakietą. Taaaa. Po takiej przerwie  mam wreszcie materiał na obszerny wpis, lecz ostrzegam, będzie dość monotematycznie.

Aby wszystko miało sens, muszę cofnąć się  do listopada ubiegłego roku.

Otóż w tym właśnie czasie do zmotoryzowanej rodziny Conska zawitała Andżela. Stało się to dość niespodziewanie, gdyż pojechaliśmy po inny pojazd dla Młodego, wytropiony przez niego w necie. Jednakże okazało się, że fotoszop działa również w tej dziedzinie. Pomimo zapewnień właściciela, że nie był bity i wszystko chodzi jak w zegarku, ujrzeliśmy marną atrapę wspomnianego ” cudu” Nie wiem o czym sprzedający myślał jak nas tak wkręcał ? Może miał nadzieję, że po auto przyjedzie niewidomy, albo miłośnik zdezelowanych modeli. Nie wiem. Nie wnikam. Muszę jednakże dodać, że to JA stanęłam okoniem, bo moi mężczyźni gotowi byli kupić owego rzęcha. Hymmm. Od razu moje bystre oko zauważyło wgniecenia na tablicach rejestracyjnych. Obu. Znaczy był bity. I z przodu i z tyłu. Jak spytałam o to właściciela, to zaczął kręcić, męcić i kombinować jak koń pod górkę. Moja intuicja krzyczała, że coś tu nie halo. Powiedziałam senkju, zwinęłam swoich towarzyszy i wyruszyliśmy w drogę powrotną.

Jednakże mój Małż był tak bardzo niepocieszony… aczkolwiek przyznał mi rację, co do moich wcześniejszych obaw…  że po drodze odwiedzał wszystkie napotkane komisy samochodowe i na siłę szukał auta. Jego argumentacja, że …- Nie będzie przecież marnował kolejnego dnia na poszukiwania i nie będzie jechał kolejne dwieście kilosów po inny samochód... rozłożyła mnie na łopatki. Pozostawałam więc rozłożona na tylnej kanapie w czasie, gdy on z rozwianym wąsem biegał pomiędzy kolejnymi autami w kolejnych przydrożnych składach. Podobno w Andżeli zakochał się od pierwszego pokopania w oponki. A na dodatek zbił dość mocno cenę, co dawało do myślenia, ale nie jemu, tylko mnie. Syn był zadowolony, więc odpuściłam. Suma sumarum, nowy nabytek rozpanoszył się w naszym garażu, bez pardonu zmuszając Janosika do emigracji na jesienną słotę i zimowe zamiecie.

Tak zupełnie na marginesie, do Andżeli dołożyliśmy o wiele więcej, niż handlarz spuścił, a na dodatek Syn zdołał już ją puknąć parkując i oberwać lusterko podczas wymijania. No cóż. Zima tego roku była dość śliska i trwała osiem miesięcy, co jest jakimś tłumaczeniem.

Wracając do Janosika. Muszę przyznać, iż patrząc na niego przez kuchenne okno, gdy stał pośród zasp, było mi go żal. Doprawdy. Wszak tyle razem przeżyliśmy. Potem nadeszła wiosna. Z pewną taką nieśmiałością wkładałam kluczyki do stacyjki. Jakaż była moja radość, gdy zaskoczył za pierwszym razem. A potem Małż pojechał nim do lasu wrócił już na holu. Trzech mechaników nie mogło znaleźć przyczyny awarii. Hymm. Coś tak czuję, że pękło mu serce z żalu, gdy patrzył na hołubioną Andżelę. Teraz stoi pod brzozami i czeka na złomowanie. Hlip, hlip.

Zanim jednak uzyskałam samodzielną możliwość jazdy Rakietą, Starszy przesiadł się na Limę, na pożegnanie wgniatając bagażnik mojego autka, podczas cofania na parkingu. Historia nabycia owej Limuzyny zasługuję na osobny wpis, gdyż była dość osobliwa, ale o tym, nie tym razem.

Wracając do klu. Wreszcie poczułam wolność i świadomość, że oto z Rakietą, buduję nową historię naszych wspólnych chwil. Najsamwpierw z premedytacją, przykleiłam pod przednią szybą pieska kiwającego głową. Tak, tak. Pod przednią… ten relikt peerelu. Poczyniłam to, aby męska młodzież już nigdy, nie zapragnęła dosiąść mojego pojazdu w celach komercyjnych.. w sensie skoczyć po piwo dla Małża do spożywczaka… albogdzie…

Wysprzątałam wnętrze, do bagażnika włożyłam zakupiony kosz na zakupy. I ruszyłam przed siebie. W sensie do pracy. Doprawdy. Radość moja była….i jest… wprost proporcjonalna do zaoszczędzonego czasu. Pół godziny i parkuję przed pracą. Jak biały człowiek.

Niestety droga powrotna z pracy, trwa dwa razy dłużej, a to ze względu na wszechobecne korki, wzmożone przez budowę obwodnicy miejskiej. Ale kij tam. W takich momentach puszczam ulubioną muzykę i jakoś toczę się dalej. I właśnie w dwa  tygodnie temu przestałam się toczyć. Nagle. Wciskam pedał gazu a Rakieta traci moc. Kurnano. Zbaraniałam. Patrzę na poziom benzyny, pół baku. Znaczy inna przyczyna. Zjeżdżam na pobocze i dzwonię do Małża. Opisuję objawy. Małż dzwoni do mechanika.- Przełącz gaz na benzynę- wymądrza się.- To ten mały przycisk przy kierownicy. – Po prawej stronie- pastwi się dalej.- I co? Ruszył? No jasne, że ruszył. I mnie trochę ruszyło, bo nikt nie poinformował, że nie przełączanie nie przeskakuje automatycznie. Po drodze zjeżdżam na stację i tankuję LPG. Nie osobiście, bo muszę się jeszcze nauczyć podłączać wąż. No.

W ubiegłym tygodniu, żar leje się z nieba. Żar przerywany przelotnym deszczem. Korek jak stąd dotąd. Dwieście metrów pokonuje w pół godziny. Czad. Z radia leci De Mono.- Jak statki na nieeeeebiiiieeee -podśpiewuję, wcale nie pod nosem. Wycieraczki miarowo przecierają siąpiący deszcz. Nagle szybę przysłania para. Jakaś siła zmusza mnie do opamiętania. Ogarniam, że para jest poniekąd moją własnością. -Uuuuu grubo. -myślę i co robię? Hę? Otóż…. spokojnie gaszę silnik, nieśpiesznie otwieram maskę i zaglądam do środka.Wyjaśniam, nie należę do Mensy i zdaję sobie sprawę, że przecież wogle się nie znam na rakietowych wnętrznościach, ale z pokerową twarzą patrzę na bulgoczący płyn. Tuż obok przesuwa się bus z robotnikami. Słyszę niewybredne komentarze, oferujące pomoc. Jestem ponad to. Uprzejmie dziękuję, zatrzaskuję maskę i zjeżdżam w zatoczkę. Telefon do Małża. Małż dzwoni do mechanika, który przyjeżdża i diagnozuje przyczynę. Jakiśtam wiatraczek odmówił posłuszeństwa.Spoko. Po ostygnięciu wracam spokojnie do domu, pomna nauk, że jak się stoi w korku, to warto włączyć nawiew ciepły, aby było chłodzenie. Niby jedno się z drugim wyklucza, ale podobno działa. Oczywiście wcześniej trzeba otworzyć okna. Proste. Puki co autko ląduje w warsztacie.

Dwa dni po naprawie. Cały dzień przez miasto przetaczają się wielkie burze. Do Rakiety docieram niosąc buty w ręku. Woda sięga do pół łydki. Na szczęście autko zaparkowałam na wzniesieniu. Klepie się za to po pleckach. Niestety po wejściu uświadamiam sobie, że przezornie uchylone okno od strony pasażera… aby szyba podczas upałów nie pękła… nie było najtrafniejszym pomysłem. Fotel pasażera mokry. Szlag. Przed pierwszym światłami korek jakcholera. Czas wypróbować dobre rady mechanika.Włączam ogrzewanie i nawiew. Jednak jest jeden problem. Nie mogę otworzyć okna, bo za autem istny armagedon. Szyby parują w zastraszającym tempie. Jak na Titanicu. Ja spocona jak Kate Winsled tylko Leonarda brak. Powoli przecieram szybę gąbką, lecz widoczność nadal mam ograniczoną. Dobrze, że poruszam się na pierwszym biegu. Nagle słyszę odgłos uderzenia kamieniem w maskę. Nie wiem co się dzieje. Za chwilę więcej kamieni sypie się na auta. Przecieram szybę. To tylko grad, wielkości orzechów laskowych. Mijam światła i zjeżdżam z górki. Studzienki kanalizacyjne nie zdołały odprowadzić nagromadzonej wody. Przed Rakietą kolejne wyzwanie. Klepię zdrowaśki, aby nie stanęła na środku tego sztucznego stawu. Daje radę. Otwieram okna, bo już nie pada. Łapię  oddech i zostawiam miasto pogrążone w żywiole. Tuż za miastem zupełnie suchy asfalt.

I pacz pan, kto by pomyślał.

 

Z ostatniej chwili.

Kocięta STOP Frużelina oraz Toczka STOP rosną i mają się dobrze STOP.

 

  32 comments for “Dyżurny mechanik. Opanowanie, sztuką nabytą przez lata.

  1. 21 czerwca 2017 o 07:37

    O, maluchy imiona mają ;-) Dumna jestem z Ciebie, że tak o nie dbasz ;-)
    Opis tych wszystkich perturbacji samochodowych jak ulał pasuje do naszego pierwszego auta, które poszło w końcu na złom i od tej pory obiecaliśmy sobie żadnych używanych…NIGDY!
    W naszym klimacie i przy stanie dróg czasami czołg wymagany byłby ;-)

    • 25 czerwca 2017 o 22:36

      Jotka, może w przyszłości zamieszczę filmik o moich zmaganiach w karmieniu sierotek ;D Co do nowych aut to bardzo wyjścia nie mieliśmy, bo gdybyśmy kupili Młodszemu nowy, to Starszemu tym bardziej musielibyśmy kupić z salonu, a tyle wydać na auta, to wiesz… trochę za bogato ;)

  2. 21 czerwca 2017 o 08:20

    Kiedy się zorientowałam, że mechanik jest na moim prawie wyłącznym utrzymaniu powiedziałam NIE starym samochodom. Od tej pory tylko z salonu.

    • 25 czerwca 2017 o 22:37

      Ewa, mam nadzieję, że i ja dożyję takich czasów, gdy tylko z salonu :D

  3. 21 czerwca 2017 o 09:35

    Trochę pogubiłem się wśród tych wszystkich psujących się pojazdów, więc nic sensownego nie napiszę…

    • 25 czerwca 2017 o 22:38

      Boja, grunt że byłeś, przeczytałeś i ślad zostawiłeś.

  4. ~Marii
    21 czerwca 2017 o 09:47

    Dobrze Cię czytać Consiu:)

  5. ~2luciaw
    21 czerwca 2017 o 15:25

    Uff bardzo Ci kibicowalam w zmaganiach motoryzaczyjnych. Ja jako spieczony człowiek odbieram to z włosem zjężonym ze zgrozy. Jesteś wielka. Buziaki Kociaki poglaskaj. Niech zdrowo rosna sierotki. :)***

    • 25 czerwca 2017 o 22:43

      Luciu.. Spieczony Człowieku :) Dziś nie jestem wielka, tylko zmoczona, bo po festynie, który właśnie się zakończył z powodu burzy, wróciłam do domu mokra jak narodowy stadion w dwunastym roku :D Maluchy pogłaskane. Buziole :*

  6. 21 czerwca 2017 o 19:51

    Szlag, przez wasz dom przewinęło się więcej akut, niż przez lędźwie Brooke Foresterów.
    Ale ja i tak podziwiam, że od razu udało Ci się maskę otworzyć, nie żebym miała z tym problemy…

    • 25 czerwca 2017 o 22:45

      Linka, szczerze powiedziawszy sama się sobie dziwiłam, z tego powodu, bo Rakieta nigdy nie była przeze mnie otwierana, ale miała wajchę tam, gdzie Janosik… na szczęście :D

  7. 23 czerwca 2017 o 19:55

    Auta mają swoje narowy. I tak w twojej Rakiecie są niewielkie.
    A kupowanie samochodu w komisie, to koszmar. Na samą myśl wolę jeździć starym, znanym mi autem, niż rzucać się na nowszy model…

    • 25 czerwca 2017 o 22:47

      Hegemon, mój Małż też się zarzekał, że nigdy w komisie… a jednak tak właśnie zrobił. Nie to, żebym zarzucała Ci niesłowność, jednak nigdy nic nie wiadomo ;)

  8. ~A.
    24 czerwca 2017 o 16:59

    Auta bywają skarbonką bez dna…Imiona kotków super:))

    • 25 czerwca 2017 o 22:48

      Masz rację, w końcu każde auto to luksus, a za luksus trzeba płacić ;)

  9. ~Kjujewna
    25 czerwca 2017 o 20:04

    Ja sie przywiazuje do pojazdow mechanicznych, czlowiek jakos sie zrzywa z samochodem czy motorem ktory mu wiernie sluzyl codziennie i zawsze przezywam jak mam sie z moim autem rozstac. Ale fajnie ze kociaki rosna i maja sie dobrze. Jak przeczytalam o ich mamie w poprzednim poscie to bylo mi bardzo smutno. Pozdrawiam :)

    • 25 czerwca 2017 o 22:50

      No to dobrze, że masz tak samo, bo podejrzewałam u siebie jakiś przechył w niekoniecznie słusznym kierunku :D Co do kociąt, własnie bawią się u moich stóp, gryząc kabel laptopa. Serdeczności:)

      • ~Kjujewna
        26 czerwca 2017 o 19:52

        Uściskaj te kulki puchu kociego ode mnie :)

        • 12 lipca 2017 o 17:23

          Jasne, one nie mogą żyć bez ściskania :)

  10. 26 czerwca 2017 o 15:20

    Ja też trochę jestem pogubiona. To tak jak Boja. ;) . Najważniejsze, że kotki maja się dobrze. :) .

    • 12 lipca 2017 o 17:22

      Tereso :) fakt, trochę dużo tych pojazdów jak na jeden wpis :)

  11. 29 czerwca 2017 o 17:55

    To Rakieta i Andżela to nie to samo auto? ;)
    Przytulam Kociaki, przekaz pozdrowienia od Harrego! ;)

    • 12 lipca 2017 o 17:25

      No nie to samo, Andżela to niemiecka dama, a Rakieta to włoska donna ;) Pozdrowienia przekazane :D

  12. 4 lipca 2017 o 17:09

    To się porobiło! Tobie kule z nieba lecą, a u mnie w przydomowym ogrodzie susza niczym na Sacharze ;)
    Pamiętam, że przed laty, gdy mieliśmy graty (większe niż teraz), też musiałam sobie jakoś radzić, gdy auto odmówiło posłuszeństwa. Wiedziałam co gdzie mam dotknąć i co załączyć. Na szczęście ten temat jest mi aktualnie obcy :)

    Całusy dla kociaków i właścicielki owych sierściuchów :)

    • 12 lipca 2017 o 17:26

      No to nic, tylko pogratulować całkowitego odstąpienia od tematu :) Buźka :)

  13. 4 lipca 2017 o 18:21

    jak kiedyś wracalismy z mazur maluchem z trójką dzieci plus pełne biwakowo – żeglarskie oprzyrządowanie, a on – ten maluch żądał co 100 km puszke oleju albo nie jechał – postanowiłam, że albo nowe albo nic. Póki co się udaje… pieknie to opisałas, masz dar:)

    • 12 lipca 2017 o 17:27

      Anno, trafił Wam się maluch żarłok :D Dzięki za miłe słowa :)

  14. 11 lipca 2017 o 23:26

    Och, miałam kiedyś takiego fajnego Forda. Zapłonęła mu opona, ale ja tego nie zauważyłam i popychałam przez miasto niczym kometa…używane samochody nie pozwalają się nudzić!

    • 12 lipca 2017 o 17:34

      Oj tak, takie auta hartują człowieka na wszelkie mechaniczne niespodzianki. Pamiętam jak kiedyś Maluchem utknęłam na samiutkim środku wielkiego skrzyżowania w moim mieście wojewódzkim. Po prostu zgasł i już. Wiedziałam, że aby go ponownie odpalić muszę wyjąć z auta sztachetkę, otworzyć tylną klapę i nacisnąć sztachetką linkę rozrusznika. Tak też zrobiłam i pojechałam dalej. A najdziwniejsze jest to, że nikt nawet na mnie nie zatrąbił.

  15. 13 lipca 2017 o 08:01

    A ja moją czerwoną cudnością kijankową pomykam juz 10 lat i wciąż wygląda jak nówka nieśmigana. A bagażnik ma ze ho ho! Ostatnio 7sztuk 80-litrowych worków kory wlazlo i ani okiem nie mrugnęło. Kocham to moje auto!

  16. 13 lipca 2017 o 21:08

    Ładne imiona nadałaś zarówno kociętom jak i Waszym autom, Konstancjo. My kobiety, żony musimy trzymać dystans i studzić zapały naszych chłopaków. Czasem instynkt samozachowawczy ich zawodzi. Masz charakter Consku, radzisz sobie w każdej sytuacji.
    Nas też czeka zmiana samochodu. Na nowy, z salonu niestety nie mamy pieniędzy. Pozostaje używany, a to jak sama wiesz duże ryzyko. Chociaż…… nasz ostatni Opel Astra też był odkupiony. Przez dobrą dekadę jeździł bez większych awarii, a miał co robić, bo mąż jest taksówkarzem. Do tego przez 7 sezonów służył jako auto dostawcze, czyli woził i ludzi i towary.
    Pozdrawiam Consku:)

Odpowiedz na „~PuszkowaAnuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *