Co ma łoś do moskita? Pyza na podlaskich dróżkach.

Jestem tu na chwilę. Moment. Mgnienie oka. Bo muszę się ze wszystkim wyrobić. Znaczy zapuściłam korzenie w ogrodzie i na warzywniku i pewnie tam zakwitnę, bo mam tyle planów… i w ogóle. Więc nie będę tracić czasu na siedzenie w necie. Ba! Nie mam nawet czasu na kręcenie rurek. Co prawda skończyłam jeden kosz/ pudełko/ nitonisio.. w sumie zależy z której strony spojrzeć…. ale jeszcze nie polakierowałam, więc nie zamierzam wystawiać, owego czegoś, na widok publiczny.

Ale jak to mówią…” jak się narzeka na brak czasu, to należy zorganizować sobie JESZCZE dodatkowe zajęcie„, więc się dostosowałam. I pojechałam na wycieczkę. Jednodniową. Co prawda nie robiłam zdjęć, więc nie będzie obszernej foto relacji. Ale coś niecoś muszę wspomnieć, bo taki wypad nie zdarza się często.

Ponieważ mam dużo czasu, oraz jestem zawsze chętna… w sensie chętnie bywam na różnych szkoleniach, warsztatach, sesjach i pogadankach, z własnej i nie przymuszonej woli… dyrekcja naszego MGOK zaproponowała oddelegować moją osobę na wycieczkę. Sie zgodziłam. Programu nie znałam, ale z grubsza wiedziałam, że większość czasu poświęcona będzie na przekonywanie, że…. „Unia dała dużo funduszy dla wszystkich, którzy przebili się przez wymagania i przedstawili odpowiednie projekty„.W sumie dopływu gotówki akurat z tego źródła nie planowałam,ale nie widziałam powodu, dla którego miałabym nie skorzystać. Mało tego, pomyślałam, że wreszcie sobie posiedzę spokojnie  i przemyślę parę spraw, bo w końcu kto mnie tam sprawdzi, czy słucham? Dobra.

Wyruszyliśmy busem z ościennej gminy. Zgodnie z wymaganiami bontonu, zanim dotarliśmy na śniadanie, lista została odczytana, wraz z krótką charakterystyką jakie funkcje piastujemy i takie tam. Aby zacieśnić więzy, pewien pan zaproponował ” po szczeniaczku”, ale spotkał się ze śmiertelnym oburzeniem całej damskiej części wycieczki, że - Nie przed śniadaniem!. Nim minęła godzina, byliśmy już po śniadaniu, szczeniaczku, i w trakcie wspinania na górę z kościołem, przy którym wybudowany został parking z unijnych dotacji. Pani Urzędniczka, która reprezentowała tamtejszą gminę, sypała cyframi i przykładami ile dzięki projektom, udało się wybudować. I wogóle i wszczególe. Oczywiście później musieliśmy odwiedzić wszystkie wymienione obiekty. A że żar lał się z nieba, spacer był dość wycieńczający choć pouczający. Organizator pstrykał fotki, wszak trzeba było udokumentować całe zamieszanie.

Po okrążeniu całego, SIED MIO HE KTA RO WEGO zalewu ( Unia pomogła zagospodarować ) większość miała dość. A tu jeszcze przed nami pomnik usytuowany w centrum miasteczka ( całkiem w innym kierunku ) i obowiązkowa fotka do akt. Jako że głupio tak było jęczeć jak jakiś dzieciak, zacisnęłam zęby i polazłam za grupą.

Kolejnym etapem była druga miejscowość, z drugim pomnikiem i fontanną. Czad. Dobrze że przed obfotografowaniem  zostaliśmy zaproszeni na kawę i regionalny przysmak jakim był sękacz… oraz inne ciasta domowe. Po takim poczęstunku, na stole pozostały okruchy, bo żadna z obecnych pań nie liczyła kalorii, choć w busie wszystkie dyskutowały o odchudzaniu. Taaaaaaaa. Grunt to mieć nadzieję, że się schudnie od samego gadania.

W czasie prelekcji o projektach, moje myśli były zupełnie w innej galaktyce, ale wzrok miałam chyba rozumny, bo przemawiająca co raz to na mnie spoglądała. Wówczas ja kiwałam głową jak poruszony piesek, umieszczony za szybą peerelowskiego auta.

Kolejnym punktem był przyjazd do pana, który prowadził agroturystykę, miał wypożyczalnię kajaków i był obcykany z dotacjami, przepisami i innymi historiami. Noooo. Posesja zrobiła na mnie wrażenie. Doprawdy. Momentami czułam się jakbym wylądowała na planie ” Chłopów”. Chałupki żywcem wyjęte z osiemnastego wieku. Podobno tylko na zewnątrz, bo wewnątrz łazienki i inne takie. Musieliśmy wierzyć na słowo, bo były zajęte przez letników. Był też pensjonat zupełnie współczesny, jedynie wewnątrz stylizowany na zamierzchłe czasy. Tam też spożyliśmy obiad, na który podano pyszną ogórkową oraz wielką pyzę, która zajmowała pół talerza. Dla niedojedzonych były jeszcze pierogi w dwóch wersjach… na słono i słodko. Panowie wreszcie mogli się najeść do oporu. No tak. Żałowałam, że nie mam drugiego żołądka. A trzeba było objadać się sękaczami ja sie pytam?

Po tak sutym obiedzie wylądowaliśmy w siedzibie stowarzyszenia, które chroni ptaki. Wszystko było by w porządku, gdybyśmy nie zatopili się  w baaaaardzoooo wygoooodne sofy. Nim prowadząca włączyła rzutnik, połowa uczestników znalazła się na pograniczu jawy i snu. Ci, którzy nie załapali się na kanapy i musieli siedzieć na TWARDYCH krzesłach… czyt. bardziej przytomni …  zadawali jakieś pytania. Reszta była milczeniem.

Po takim, godzinnym relaksie, wyruszyliśmy podziwiać piękną dolinę Biebrzy. Fakt. Było czym się zachwycać. Nawet ja ,mieszkanka rezerwatu Natura 2000, byłam pod wrażeniem. Na kolację dotarliśmy utłuczeni na maksa. A tu znowu pyzy, i kiszka, i babka ziemniaczana, i sałatki, i kompociki, i berbelucha zwana na tamtych terenach ” Kopnięciem łosia”. No tak. Z reguły jestem niepijąca, ale spróbowałam owego wynalazku. A potem o mały włos nie zwróciłam i pyz, i sękacza, i kiszki nawet. Panowie zgodnie stwierdzili, że ” kopnięcie” ma z 70 stopni w skali Beauforta. No to powiedziałam …- Fenkju … choć gotowa byłam krzyknąć …- Fakju. Ale mi dech zaparło i sie powstrzymałam.

Powrót był…. jakiś taki szybki. Chyba trochę zasnęłam. Ale nie wiem. A w domu włączyłam kanał, ten od sprzedaży, weszłam na sklep online i zamówiłam moskitiery do drzwi.

Hymmm… czyżby duch łosia przeze mnie przemówił?

  32 comments for “Co ma łoś do moskita? Pyza na podlaskich dróżkach.

  1. ~Pani S.
    8 maja 2015 o 15:11

    Pięknie się, Consek, prowadzicie! Tylko za próg domu głowę wychylicie i co? I od razu siedemdziesięcioprocentowy (o! mój laptop nawet o taki nie słyszał) alkohol człopiecie?! A ja Cię podaję wszędzie jako przykład, że można się porządnie, bezalkoholowo prowadzić! Wszyscy od razu, że niemożliwe, że nie w Polsce, a ja cyk – na Conskowy blog odsyłam. I CO JA IM TERAZ POWIEM??? ;)

    • 8 maja 2015 o 19:35

      Ależ Kochanieńka, ja nie człopałam… serio… tylko łyknęłam pół kilonka i tak mnie złamało ;) Cóż, jak ktoś nie pije to nie powinien nawet próbować ;)Teraz Im powiedz, że Consek jest jednak Polakiem z krwi i kości ;)

      • ~Pani S.
        11 maja 2015 o 08:39

        Twoje tłumaczenia pachną typowym wyjaśnieniem męża wracającego na czworakach! :D

        • 12 maja 2015 o 09:05

          He he… w końcu mam w domu nauczyciela, a ja szybko się uczę ;)

  2. 8 maja 2015 o 16:01

    Nie przepadam za tak skondensowanymi (czasu z zajęciami) wycieczkami….
    Do ciebie chyba pasuje obrazek: https://www.facebook.com/sarkazmer/photos/a.131241226983314.27665.131239333650170/783252838448813/?type=1&theater

    • 8 maja 2015 o 19:36

      Dokładnie tak jest jak na obrazku. Jednak mam nadzieję, że w końcu wrócę do normalności ;)

  3. 8 maja 2015 o 17:45

    Mmmm… sękacz. No wypadałoby się podzielić Consku z czytelnikami… i sękaczem i szczeniaczkiem :)
    Miłego weekendu! :)

    • 8 maja 2015 o 19:42

      Aniu :) Sękaczem bardzo proszszszsz… ale szczeniaczkiem się nie podzielę, gdyż iż nie spożywałam, co oczywiście miało swoje konsekwencje, że niby zadzieram nosa i takietam… dlatego później zdecydowałam się na silniejszego zwierza ;) Miłego i Tobie :)

      • 11 maja 2015 o 09:45

        Ja się zawiesiłam na tym sękaczu. :)

        • 12 maja 2015 o 09:05

          Ooooo taaaaak.Można się na nim zawiesić, w końcu ma tyle sęków ;)

  4. ~Ja i moje urwisy
    8 maja 2015 o 19:39

    Oj zadbali żebyście za dużo kalorii nie stracili ;)

    • 8 maja 2015 o 19:48

      Ty mi nawet nie przypominaj, ile to moje spożycie przysporzyło mi kalorii ;)

  5. Teresa
    9 maja 2015 o 05:20

    O takim szczeniaczku to nie słyszałam. Świetna wyprawa. :)

    • 10 maja 2015 o 09:39

      W końcu zawsze trzeba zacząć od czegoś małego, aby pozory były zachowane ;)

  6. 9 maja 2015 o 10:30

    Na takich imprezach jakby wiesz tego czwartego do brydża brakowało to dzwoń do mnie :)

    • 10 maja 2015 o 09:41

      Desperado, słowo zostało rzucone w eter, ba! nawet mam to na piśmie… teraz jakby co to się nie wykręcisz ;)

  7. 10 maja 2015 o 16:28

    Pomimo odmiennych poglądów na temat m.in. „szczeniaczka” i różnych takich „kopnięć łosia”, muszę przyznać, że dobrze się zachowałaś. Zwłaszcza powstrzymanie się od przeklinania w obecności dostojnej siedemdziesiątki, robi dobre wrażenie!

    • 12 maja 2015 o 09:02

      Odmienne poglądy powiadasz? Dobra, nie będę wnikać.Robienie dobrego wrażenia jest moją drugą naturą.

  8. 10 maja 2015 o 21:47

    Jak na brak czasu to bardzo długi tekst :) Pozdrawiam

    • 12 maja 2015 o 09:03

      Nooo doooobra. Konsekwencja nie jest moją mocną stroną ;) Serdeczności :)

  9. 11 maja 2015 o 13:13

    Dobrze, że sobie coś zorganizowałaś. Ja też cierpię na ciągły brak czasu, może i ja powinnam zrobić sobie jednodniową wycieczkę? Chociaż czasami to jest trudne, gdy pracuje się 6 dni pod rząd, a 7 nie ma się siły z łóżka wstać ;] ;]
    Pozdrawiam.

    • 12 maja 2015 o 09:07

      Jak widzisz nie trzeba pracować w pracy, żeby być zapracowanym ;)Serdeczności :)

  10. ~elżbieta
    11 maja 2015 o 13:51

    Nie jestem zwolenniczką zbiorowych wyjazdów, zwiedzania pod dyktando i goszczenia się z kropelkami. Nigdy nie byłam na takiej zbiorówce i nie żałuję.
    Ale myślę, że jak trzeba, to da się takie wycieczki wytrzymać.
    Sękacz kojarzy mi się z wschodnimi rejonami naszego kraju. Kiedy córka wyjeżdżała z zespołem, gościła zawsze u rodzin, by zminimalizować koszty. Ja też miałam przyjemność kilkakrotnie dać dom członkom innych zespołów. Pamiętam jednego roku, spała u nas dziewczynka z Białej Podlaskiej, której mama dała sękacz dla rodziny, która ją będzie gościć. Ważył chyba dużo ponad kilogram, a smakował wyśmienicie. Nie dziwię się, że też jedliście ten wypiek z wielkim apetytem i przyjemnością.
    Pozdrawiam Consek serdecznie:)

    • 12 maja 2015 o 09:12

      Dokładnie to ja jestem z Podlasia i nawet miałam okazję własnoręcznie tworzyć takie zjawiskowe ciasto. Jednak tak, jak różne są drożdżówki, tak i sękacze mają różne smaki, więc zawsze człowiek ma ochotę skosztować wyrobów innych gospodyń. Uściski Elżbieto :)

  11. ~Iwa
    11 maja 2015 o 20:13

    Booszz:))) sękacz:)) wielbić wielbić wielbić:) jak mort stopę króla juliana:) następną razą to prosze o znak sygnał to jadę i ja:) buuuziolce Consku:))

    • 12 maja 2015 o 09:14

      Iwuś, mówisz i masz :) a tak na marginesie to również kocham Juliana ;) Cmoki w oba boki :*

      • ~Iwa
        12 maja 2015 o 19:16

        Julian to idol mój:) w kieracie wiszą pikczersy z jego wizerunkiem i cytaty:) znam wszystkie odcinki pingwinów i wersje kinowe:))

        • 13 maja 2015 o 13:53

          O MA TKOOOOOO!!! Czy ja Ci wyznawałam miłość dozgonną?… jeśli nie to niniejszym to czynię!… albowiem cytat ” Błogosławiony ten, kto potrafi śmiać się z siebie samego, albowiem będzie miał ubaw do końca życia” był moim mottem na dziennikach :)

  12. 16 maja 2015 o 17:59

    Wpadłam tak przypadkowo…
    Zajrzałam pod pewną kategorię też losowo…
    I naprawdę fajnie się Ciebie czyta, idę zrobić sobie kawę i będę Cię dalej czytać ;) Pozdrawiam

    • 16 maja 2015 o 20:24

      Witaj Marto w moich skromnych progach :) A wiesz, że nic nie dzieje się bez przyczyny ;) Serdeczności.

  13. 26 maja 2015 o 21:47

    No ładnie Cons tylko Cię na chwilę z oka spuścić i już mi tu rozrabiasz ;) Ech sękacza nie miałam okazji jeść, a jeżeli mi się to zdarzyło to sobie nie przypominam. Sądząc po waszym mlaskaniu i oblizywaniu się tutaj musi być smaczny.

    Na takich zbiorowych wyjazdach często bywa bardzo wesoło, a i jak widać rozluźnić się można procentowo i podjeść dość smacznie :)

    Ściskam Cię Cons i czekam na pyszne cudeńko ;)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *