Stan wyjątkowy. Niech żyje wolność.

Właśnie zrozumiałam, iż niewątpliwą, a zarazem największą moją zaletą jest… taaaadaaam… cierpliwość. Dotarło to do mnie zaraz po tym, jak wyekspediowałam Małża osobistego z domu. Wreszcie pojechał do pracy. Ufff. Ponad miesiąc przebywał w rodzinnych pieleszach. Nie byłoby w tym nic złego, ani nadzwyczajnego, ale przez te wszystkie dni, z małą przerwą na Sylwestra, był pod wpływem …. niiiiieeeeenieeennnien… nie alkoholu… gorzej… antybiotyku. Znaczy przez ten cały czas walczył o życie. A ja pokornie to znosiłam. Bo wiadomo. Chory. Kaszlący. Smarkający. Jęczący. Taaaaa. Od dziś mówcie do mnie  Żona Teresa… bo nie z Kalkuty, a z Podlasia.

Prawdę powiedziawszy to na początku nie było za wesoło.  Tuż po świętach wypchnęłam go do Przychodni, gdyż zaczął kaszlać. Wiekowa Doktórka musiała solidnie go nastraszyć, bo Bidulek wrócił od niej z opuszczoną głową i mocnym postanowieniem rzucenia palenia. Na dodatek nie trafiła z antybiotykiem. Maż po zażyciu specyfiku czuł się coraz gorzej. Ba!. Wyglądał coraz gorzej. Przebąkiwał nawet o zejściu. Zaniedługim. I nie wciąganiu mnie w lata. Milczałam taktownie.

Potem nadszedł Sylwester, który mieliśmy spędzać ze znajomymi, więc zadecydował, że zrobi sobie przerwę. I jak tylko odstawił antybiotyk, to poczuł się o wiele lepiej. Znaczy wówczas nie zamierzał umierać,a wprost przeciwnie. Obudził się w nim lew parkietu. Pił, palił, śpiewał i takietam.

Tak gdzieś trzeciego stycznia, kaszel wrócił. Tym razem pojechał na pogotowie, bo bał się powrotu do leciwej Doktórki. Dostał inny antybiotyk i wogle nie wspomniał o potrzebie rzucenia palenia. Znaczy trafił na łagodniejszy personel. Oczywiście do bólu gardła doszedł jeszcze ból łydek i innych ścięgien nadwyrężonych wygibasami tanecznymi. Dobrze, że dostał od Mikołaja matę masującą, bo pewnie bym musiała przekształcić się w masażystę. I tak to.

A co u mnie? W piątek mam wizytę u onkologa, bo znów miałam biopsję. Oczywiście jestem dobrej myśli, bo przecież muszę być zdrowa. Wszak w domu mam jeszcze dwóch synów, którzy w ogóle nie słuchają matki i latają po podwórku bez kalesonów. Tylko patrzeć, jak się porozkładają.

A tak w ogóle to przez ten stan Małża, nie miałam czasu wpaść na blog, aby złożyć życzenia tym, którzy do mnie zaglądają. Wobec tego życzę żebyście byli zdrowi, a wszystko inne byście sobie kupili.

  18 comments for “Stan wyjątkowy. Niech żyje wolność.

  1. ~Mari
    17 stycznia 2017 o 11:34

    Tobie tez zdrówka Cons :* Jak Cie na dworcu zobaczyłam to od razu pomyślałam, że i tutaj coś skrobnęłaś :D

    • 17 stycznia 2017 o 18:37

      Mari, bo wiesz, jak Małż w domu to ja udaję, że wogle mnie świat wirtualny nie obchodzi ;) Ale jakie ja z tego powodu cierpię katusze… normalnie nie do opisania. A teraz muszę nadrobić zaległości, bo mam tyły jak stąd dotąd. Buziaki :*

  2. 17 stycznia 2017 o 14:10

    No tak, jak facet chory, to masakra. twój to chociaż do lekarzy chodzi, a mój każe się leczyć żonie czyli mnie.
    Choroby teraz to dziwne są, bo kaszel nie chce się odczepić, a antybiotyki nie działają, też to przerobiłam.
    Tą biopsją mnie zmartwiłaś, ale nie przewiduję innej opcji, niż pozytywna (znaczy z dobrym zakończeniem), więc trzym się ciepło i rozpieszczaj :-)

    • 17 stycznia 2017 o 18:40

      Jotka, to mój kolejny raz, więc optymizm jakby większy. Bo wiesz, trzeba trzymać rękę na pulsie, a ja niestety jestem z tych, u których cycki żyją własnym życiem. Ściskam :)

  3. 17 stycznia 2017 o 18:15

    Oddech łapiesz, zaciągając się wolnością, czy z kalesonami za synami latasz? na kalesony to uczulenie mają wszyscy oni! póki jajka im nie przymarzną, nie zmądrzeją raczej….

    Trzymam kciuki za wyniki!!!

    • 17 stycznia 2017 o 18:43

      Loonei, nie latam,gdyż oni właśnie pracują na drugą zmianę. Jak wyjeżdżam oni śpią, a jak oni wracają to ja śpię. Jak mniemam są z tego powodu przeszczęśliwi :D

  4. 17 stycznia 2017 o 21:20

    Chory chłop to największe przekleństwo, ja nie wiem jak oni przeżyli tyle stuleci i nie wygineli…

    • 21 stycznia 2017 o 17:37

      No właśnie Marzeko, też mnie to zastanawia :D

  5. 17 stycznia 2017 o 21:33

    No tak, facet nie choruje facet walczy o życie….

  6. 18 stycznia 2017 o 14:24

    ktoś w ogóle zdrowy na tym łez padole pozostał? Wszędzie naokoło jakies kichania i prychania… A ty się szanuj, i pilnuj swoich kalesonów:)

    • 21 stycznia 2017 o 17:39

      Otóż okazuje się, że CIĄGLE jestem zdrowa jak byk… ale nerwy w strzępach.

  7. 19 stycznia 2017 o 17:56

    zdrowia życzę! bo jak jest zdrowie to cała reszta jest przynajmniej możliwa ;)

    • 21 stycznia 2017 o 17:39

      Dokładnie Makrelo… dokładnie :)

  8. 20 stycznia 2017 o 08:57

    Faceci… Mój jak jest przeziębiony i jest ze mną w domu sam na sam, to płacze: herbatki z cytrynką bym się napił, zapiekankę z… bym zjadł. Generalnie biegam i wykonuję jego „ostatnią wolę”. Ale wystarczy telefon mojego taty albo naszych przyjaciół, że może jakaś wspólna kolacja, drink… i okazuje się, że mój zdechlak dostaje nowe życie.

    Trzymam kciuki za biopsję. Musi być dobrze :*

    • 21 stycznia 2017 o 17:40

      Aniu, dziękuję za kciukasy… JEST DOBRZE :)

  9. 25 stycznia 2017 o 20:04

    Moje cycki też żyją od jakiegoś czasu własnym życiem, więc też trzymam rękę na pulsie.

    Mężczyźni…wszyscy umierają, gdy nabawią się kataru, chociaż…moi umierają, ale do lekarza ni cholery nie pójdą. Ja muszę ich uleczyć ;)

    • 28 stycznia 2017 o 14:57

      Ariadno, oby ten nasz puls bił długo i równomiernie :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *