Kółka, dziury i czeskie figury. Słów kilka o sierpniowej abstynencji blogowej.

No to dziś będę walić po oczach swym niewątpliwym SZCZĘŚCIEM!. Bo w końcu powrócił na dobre Dzień Świra… traaaalaaalaaalaaa. Jestem z tego powodu bardzo kontentna. No w życiu bym nie pomyślała, że zatęsknię za tą monotonią dnia codziennego… no w życiu. A tu bardzo proszszsz… naoliwiony chomikowy kołowrotek, zgrabnie wciągnął mnie w swe zakręcone jestestwo i trzyma póki co. Te ” póki” nie będzie długo trwało.Niestety. Tylko do końca września, bo potem to ja wybywam do Czarnej Dziury ( eufemizm rzecz jasna )  Znaczy, mój pokręcony kręgosłup będzie przywracany do sprawności siakiejtakiej w tej właśnie miejscowości… tam gdzie wrony zawracają, a psy dupami szczekają. Mogę tak pisać, gdyż albowiem nie zamierzam zdradzać nazwy owego sanatorium , więc nawet nie próbujcie ze mnie tego wyciągnąć. NIESTETY nie udało mi się zmienić miejsca wygnania, choć próbowałam osobiście. Doprawdy. Bezduszna urzędniczka ze środkowego okienka była nieczuła na moje jęki, że za daleko… że mam ojca staruszka, który w każdej chwili może… no…. żeby gdzieś bliżej. – NIE… MA…BLI…ŻEJ !! – usłyszałam w końcu i na tym moje podokienkowe jałczenie się skończyło.

Tak było pod koniec lipca. A wraz z początkiem sierpnia, na dziedziniec pod moim tarasem , zajechało zapakowane auto pełne toreb, waliz… i pasażerów. Nie powiem.. spodziewałam się wizyty rodzinki z Czech, lecz w liczbie TRZECH przedstawicieli gatunku. A tu z niebieskiego samochodu wyłania się PIĘĆ osobników… plus pies. Nie dane mi było zbaranieć TOTALNIE, bo natentychmiast musiałam ratować owego piesa z pazurów domowych kotów, gdyż albowiem owo zwierzę było postury mikrego kociaka. Powiem tylko, że tak było do końca pobytu gości… znaczy Mini ( bardzo trafna nazwa w rzeczy samej ) była bardziej pilnowana przez wszystkich dwunożnych, niż ktokolwiek, kiedykolwiek. Koty, przeganiane ze swojego dotychczasowego terytorium, nie poddawały się tak łatwo i ukazały cały wachlarz swoich możliwości łowieckich. Stosowały nawet czołganie, aby dostać w zasięg swych pazurów, czeskiego intruza.

Ale dość o czworonogach. Powróćmy do ludzi. Otóż liczna rodzinka wyjaśniła mi, że przybyli ot tak, NA SPONTANIE... bo wcale nie planowali tak gromadnie, zawitać w kraju swych przodków. To ja bardzo senkju za taki spontan. Cóż, zacisnęłam piąstki… rozchyliłam ramiona… a z ust mych korali popłynęło zapewnienie… że przecież nic się nie stało… że nie ma problemu… że bardzo się cieszę… i wogóle… No, sama sobie nie wierzyłam, że tak przekonująco potrafię kłamać.

Gdybym miała więcej czasu, to pewnie byście na bieżąco śledzili kolejne dni pobytu, ale zapewniam… -NIE MIAŁAM!  Mój dzień zaczynał się o siódmej, a kończył grubo po dwudziestej trzeciej. Musiałam  przecież przygotować śniadanie. Potem obiad. Potem kolację. W tak zwanym międzyczasie piekłam ciasta i sprzątałam dyskretnie całą chawirę. Co i rusz słyszałam głos Małża dobiegający z tarasu - A co ty tam robisz? Choć do nas. A zaraz potem.. - Skarbie, weź dokrój pomidorów/ wędliny/ chleba/ ciasta. 

I tak przez caluteńki tydzień. Oczywiście musieliśmy zapewnić gościom także rozrywkę inną niż grill i uginający się stół. Był wyjazd do miasta wojewódzkiego, spływ kajakowy, oraz kąpiel w bani. To ostatnie nie bardzo nam wyszło, bo w bani 40 stopni a na zewnątrz 30, więc wytrzymaliśmy tylko 33 min. Tego dnia dowiedziałam się, jak bardzo lodowata jest nasza poczciwa rzeka. Wchodząc do niej, dałam upust swym emocjom i klęłam jak szewc. W sumie wszyscy myśleli, że to z powodu szoku temperaturowego. Taaaaaa.

Kiedy goście pojechali dnia siódmego, walnęłam się na SWOJE łóżko i powiedziałam jasno i dobitnie do wszystkich, pozostałych – Pierdolę, nie sprzątam!!Rodzinka uszanowała moje postanowienie przez całe 5 godzin. Potem wstałam i zagnałam wszystkich do porządków.

W sumie bez sensu jest sprzątać PRZED przybyciem gości, ale do takiej mądrości życiowej trzeba dojrzeć.

Obecnie jestem w fazie przechodzenia w kolor żółty.

No to może na zakończenie zapodam kolorowy ” wcip” ( po czesku dowcip)

Tatuś do synka, który chce zerwać jagódkę w lesie…- Nie jedz jej… ona jest jeszcze zielona. – Ale przecież jest czerwona- stwierdza synek. - Jak będzie czarna, to będzie czerwona - zapewnia tatuś.