Kura domestic w rakiecie. Oszczędność na miarę bloga.

Nie wiem co ze mną nie tak, że tak zaniedbuję blogowy świat. Może mi się przejadł tak, jak ostatnio wiśnie ? Bo w tym roku tak obrodziły, jak jeszcze nigdy dotąd. Normalnie gałązki się uginały, aż grzech było nie zamknąć w słoikach. Jednak na samą myśl o wydrążaniu, słabo mi się robiło. Przeliczyłam zatem zapasy z wcześniejszych lat i poszłam na łatwiznę. Przepuściłam wszystkie przez sokownik. Do tego celu wykorzystałam wszyściuteńkie zapasy butelek gromadzonych po alkoholowych imprezach. Powiem tak, stanowczo za mało imprezujemy. Znaczy Małż to i owszem, ale przecież w puszki po piwie nie da się zawekować soku.

Boszszsz… ależ staję się monotematyczna. To co ? Następny wpis dodam w sezonie ogórkowym ?  Kurdeno! Niech mnie ktoś trzepnie w potylicę, żeby mi się wreszcie chciało tak, jak mi się nie chce. Jak tak dalej pójdzie, to pies z kulawą nogą tutaj nie zajrzy. Ech. Normalnie polot gdzieś odleciał w niebyt. A może spłynął w strugach deszczu ? No nie wiem. A tu burze walą piorunami. A ja nic. Zero natchnienia, aby chociażby opisać dalsze historie z życia Konstancji, albo cokolwiek.

Dobra. Cokolwiek to mogę i owszem. Ze spraw bieżących to dużo się działo. To może w skrócie. Małż zmienił pracę ( fiu fiu )  Starszy znalazł pracę na umowę ( ha! ). Młodszy zdał maturę ALE nie pójdzie na studia, bo również znalazł pracę ( wzdech ). Córka skończyła studia i korzysta z ostatnich wakacji w życiu ( tralala ! ) a ja pracuję bez zmian ( taaaa ) A ostatnio to nawet miałam 10 dni urlopu, podczas którego spędzałam upojne chwile, na pilnowaniu sokownika. Czad.

Ale chwila, chwilunia. Zapomniałam o najważniejszym. Kupiłam Rakietę. Śliczną, czerwoniutką, malutką. Taką sam raz jak na moje potrzeby. Na gaz rzecz jasna. A stało się to tak szybko, że mam wrażenie, iż buty dłużej bym wybierała. Otóż pewnego wieczoru weszłam na olx i miałam pewność, albo ta albo żadna. Małż.. goszczący akurat na łonie rodziny… pod naporem moich argumentów się zgodził, zadzwonił, umówił na oględziny i już na drugi dzień Rakieta stała pod oknami naszego domu. Niestety jest jeden szkopuł. Obecnie do pracy Rakietą pomyka mój Starszy syn. Początkowo stawał okoniem, że on nie będzie jeździł taką popierdułką tylko Janosikiem. Jednak po kalkulacji doszedł do wniosku, iż jakoś przełknie to upokorzenie i zanim nie kupi własnego, większego i bardziej reprezentacyjnego, będzie upychać swoje metr dziewięćdziesiąt dwa w Rakiecie. W sumie jest lepiej niż było, bo co prawda rano jadę podmiejskim, ale wracam z synem i już na szesnastą jestem w domu.Zaoszczędzam dwie godziny dziennie. Przez pięć dni. Znaczy dziesięć godzin mam do przodu. Au jea!

No to teraz grzechem by było nie przeznaczyć choć połowy na latanie po znajomych blogach. Dobra.Uwaga! Nadlatuję.